Pierwsza jazda: Mercedes-Benz VLE – czegoś takiego się nie spodziewałem
Mercedes szumnie zapowiedział nadejście następcy Klasy V i twierdził przy tym, że otworzy zupełnie nową klasę aut zwaną Grand Limousine. Przyznam, że optymizm producenta odbierałem z dużym dystansem. W końcu co nowego można wymyślić, tworząc dużego vana? Tymczasem VLE pokazało, że Niemcy nie przesadzali ani odrobinę, o czym miałem okazję przekonać się podczas pierwszych jazd.
"Wszechstronność i przestronność MPV ze zwinnością i komfortem jazdy limuzyny Mercedes-Benz" – w ten sposób Niemcy określają jednym zdaniem Mercedesa VLE i obiecują, że model tworzy zupełnie nowy segment, a powiązania z Klasą V jako jego następca, są czysto symboliczne. Jeśli dodamy do tego jeszcze niewiarygodnie wydajny i oszczędny napęd elektryczny, otrzymamy samochód, który już teraz mogę śmiało nazwać jedną z największych niespodzianek tego roku. Ale po kolei.
Mercedes VLE zbudowany został na zupełnie nowej, osobowej platformie i właściwie w tym tkwi cały sekret jego wyjątkowości. Do tej pory Klasa V miała pochodzenie użytkowe. Mówiąc w skrócie – korzystała z tej samej płyty, co dostawcze modele i chociaż Mercedes korzystał z wielu sztuczek mających maskować to niekoniecznie szlacheckie pochodzenie, to w niektórych aspektach po prostu było je czuć.
VLE już na starcie rozwiązuje ten problem, ponieważ inżynierowie wyszli od platformy osobowej, która została dostosowana do potrzeb wielkogabarytowych. Pozwoliło to na lepsze ustawienie i zestrojenie zawieszenia oraz zawarcie opcji, których dodanie dotychczas ograniczały możliwości konstrukcyjne.
Efekt? Komfort jazdy naprawdę godny mercedesowskiej limuzyny. Przyznam, że byłem w szoku, gdy po wyjechaniu na ulicę i pokonaniu progu zwalniającego kabina ledwo drgnęła. Pneumatyczne zawieszenie (występujące w standardzie) z regulacją wysokości (w zakresie aż 80 mm) jest fenomenalne i zapewnia komfort na poziomie Klasy S. Podwozie bierze na siebie wszelkie nierówności tak aksamitnie, że można się rozpłynąć. Jest to zupełnie inny poziom od tego, co serwuje nam Lexus w LM-ie.
W takim wypadku przyjemniej jednak nie siedzieć za kierownicą, a na jednym z dwóch topowych foteli nazwanych przez Mercedesa "Grand Comfort". Mamy wówczas do dyspozycji miękką poduszkę, podłokietniki, wysuwany stolik, indywidualnie wysuwane uchwyty na kubki, własną bezprzewodową ładowarkę, a przede wszystkim możliwość rozłożenia fotela, grzanie, wentylację oraz masaż.
Wrażenie siedzenia w fotelu w domowym zaciszu uzupełnia wysuwany z sufitu wielki, 31,3-calowy ekran o rozdzielczości 8K (za dodatkowe 22 tys. zł), rozciągający się przez niemal całą szerokość auta. Tak, z tym rozwiązaniem pierwszy raz wyszło BMW w nowej Serii 7 i najwyraźniej inni producenci uznali, że nie jest to zły pomysł. Ja sam jestem jego fanem, choć przyznam, że początkowo po premierze bawarskiej limuzyny podchodziłem do sprawy sceptycznie.
Dzięki możliwości podzielenia ekranu oraz wbudowanej kamerze możemy nie tylko oglądać filmy i cieszyć się wybraną rozrywką, ale także uczestniczyć w wideokonferencjach. Kolejną zaletą Mercedesa VLE jest fakt, że samochód wcale nie musi wyglądać tak, jak opisałem wyżej. Niemcy przygotowali niezwykle szerokie portfolio, dzięki czemu może on przyjąć rolę zarówno rodzinną, shuttle’ową, jak i biznesową czy właśnie limuzyny.
Kabina została rozplanowana tak, że można wybierać między wariantami 5-, 6-, 7- i 8-osobowymi, decydując się na kanapy lub fotele regulowane zarówno manualnie, jak i elektrycznie. W zależności od wyboru można wygodnie konfigurować ich ustawienie dzięki modułowym zaczepom w szynach, a wbudowane kółka eliminują konieczność przenoszenia po demontażu. Można je po prostu toczyć.
Z dziennikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że przestrzeni w środku jest tyle, że można tańczyć breakdance, ale trudno się temu dziwić – w końcu projektanci mieli do dyspozycji długie na 5,3 m i szerokie na 2 m nadwozie. Jeśli to wam nie wystarczy, w przygotowaniach jest już przedłużona do niemal 5,5 m wersja, która zagości na rynku w przyszłym roku.
Mimo wszystko już standardowa wersja powinna nasycić wszelkie potrzeby, również te bagażowe. Przy wykorzystaniu trzech rzędów siedzeń dalej możemy korzystać z niemal 800-litrowej przestrzeni w kufrze, a po pozbyciu się wszystkich siedzeń do dyspozycji mamy ponad 4 tys. l. Podobnie jak w Klasie V, tu także możemy liczyć na niezależnie od klapy otwieraną szybę, co ułatwia pakowanie i wyjmowanie rzeczy znajdujących się na wierzchu.
O wnętrzu można by naprawdę mówić bez końca – tak ze względu na możliwości konfiguracyjne, jak i funkcje. Przykładowo kanapa w III rzędzie może być nie tylko regulowana elektrycznie, ale i podgrzewana. Po całym aucie rozrzucono w sumie aż 10 portów USB-C, okna w odsuwanych drzwiach można całkowicie opuścić (a nie tylko odchylić drobny wycinek), a lodówkę znajdziemy zarówno w szufladzie dla II rzędu, jak i w podłokietniku z przodu.
I tu dochodzimy do kolejnego etapu kompleksowego podejścia Niemców do kabiny. Przednia część może bowiem zaaranżowana na trzy sposoby – z krótką, przedłużoną i rozbudowaną konsolą środkową. Pierwsza z nich zapewnia swobodny dostęp do tylnej części kabiny, druga jest doposażona o dodatkowe półki i schowki, natomiast trzecia, jak wspomniałem, może mieć schowek z chłodzeniem, grzaniem oraz dezynfekcją UV. Niezależnie od wyboru, w każdej możemy mieć nawet dwie ładowarki indukcyjne.
Stała jest z kolei deska rozdzielcza, która składa się głównie z superscreena znanego już z CLA. Pod wspólnym szklanym płaszczem kryje się 10,25-calowy ekran cyfrowych zegarów, 14-calowy ekran multimediów oraz 14-calowy ekran dla pasażera. Nowy system stanowi kręgosłup cyfrowego świata VLE, który został rozbudowany do naprawdę imponujących rozmiarów – od bezprzewodowych aktualizacji zaczynając, przez jeszcze wyższy poziom inteligentnej obsługi głosowej przechodząc, a na mnogości aplikacji oraz przygotowaniu do autonomicznej jazdy drugiego poziomu kończąc.
Bardzo dobre wrażenie robi to, co znajdziemy wokół ekranów. Tu znów możliwości konfiguracyjne są duże, ale w mojej opinii wnętrze najlepiej prezentuje się w jasnej skórze połączonej z drewnianymi dekorami. Mercedes wreszcie porzucił koncepcję oblewania fortepianową czernią każdej możliwej powierzchni, dzięki czemu kokpit prezentuje się naprawdę ekskluzywnie. Do samego spasowania nie mam zastrzeżeń.
Nie tylko wygoda, ale i wydajność
Obcując z VLE trudno nie odnieść wrażenia, że inżynierowie wyjątkowo mocno przyłożyli się do pracy i nie pominęli żadnego aspektu. Wspominałem już o wygodzie jazdy, a jako że mamy do czynienia z ponad 5,3-metrowym kolosem, Mercedes przygotował skrętną tylną oś (w standardzie!), by ułatwić manewrowanie nim. Tylne koła skręcają się do 7 stopni i sprawiają, że samochodem naprawdę niemal zawraca się w miejscu – średnica zawracania wynosi zaledwie 10,9 m i jest porównywalna do możliwości kompaktowego CLA.
Uznanie dla inżynierów należy się także za napęd. Na start VLE będzie dostępne z jednym akumulatorem o pojemności 115 kWh (NMC) w dwóch wariantach mocy – 276 oraz aż 422 KM. W drugim przypadku dostajemy też napęd na cztery koła. Ja miałem okazję jeździć pierwszym wariantem i już zapewnia więcej niż wystarczającą dynamikę (8,9 s do "setki" i 6,5 s w mocniejszym wariancie). Jednocześnie uderzenie mocy przy przyspieszaniu nie jest brutalne, a odpowiednio dopasowane do charakteru auta.
Obiektywnie duża moc jest potrzebna, ponieważ najlżejszy wariant VLE waży, uwaga, aż 2,9 t. Z tego też powodu model będzie występował w dwóch wariantach DMC – do 3,5 i do 3,7 t. Oprócz wcześniej wspomnianej przedłużonej wersji, w przyszłym roku możemy spodziewać się ponadto wariantu z zestawem baterii o pojemności 80 kWh (LFP).
Szczególne wrażenie może robić "pakiet startowy", ponieważ Mercedes obiecuje 700 km. Podkreślmy to, 700 km w potężnym vanie z masażami i kinem w II rzędzie. To efekt nie tylko nowych, wydajnych silników, ale i ogromnego wkładu w aerodynamikę – współczynnik oporu powietrza wynosi zaledwie 0,25.
Co najważniejsze – obietnice faktycznie znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Komputer trafnie przewiduje zasięg i szybko dopasowuje się do aktualnych warunków jazdy, a oprócz zwykłej rekuperacji możemy wybrać również tryb one-pedal driving. Oczywiście na trasie trudno będzie osiągnąć wspomniany wynik, ale w mieście – jak najbardziej. Podczas próbnej pętli prowadzącej głównie przez górskie drogi i autostradę VLE zużył 20,9 kWh/100 km, co już daje 550 km zasięgu.
Podczas wydarzenia organizatorzy przewidzieli małą rywalizację – na specjalnie przygotowanej, górskiej 35-kilometrowej pętli mieliśmy osiągnąć jak najniższy wynik i pobić rekord ustanowiony przez szefa inżynierów, który wynosił 15,4 kWh/100 km. Zająłem drugie miejsce z wynikiem 13,6 kWh/100 km, ale przyznam, że korzystałem ze wszystkich technik eko-jazdy.
Niemniej przy takiej wartości zasięg VLE wyniósłby… 845 km. To pokazuje możliwości przygotowanego przez Niemców napędu. Imponujące to mało powiedziane. Natomiast dzięki 800-woltowej instalacji energię możemy uzupełniać z mocą 300 kW, a w 15 min naładujemy się na kolejne 355 km. Komu nie w smak elektryk – już szykowana jest spalinowa odmiana z dieslem, ale pojawi się najprawdopodobniej dopiero w 2028 r.
Na deser Mercedes przygotował szereg systemów wspomagających jazdę, ale żeby było to możliwe, rozlokował po całym aucie aż 10 kamer, pięć czujników radarowych i 12 czujników ultradźwiękowych, a nad wszystkim pieczę trzyma chłodzony cieczą procesor. Dzięki temu kierowca odciążany jest nie tylko w trasie, ale również na parkingu – VLE bowiem samo bardzo sprawnie parkuje i zapamiętuje do 150 m właśnie pokonanej drogi, by samodzielnie po tej samej ścieżce wrócić.
Zbierając to wszystko razem, Mercedes naprawdę nie kłamał, że stworzył nową klasę. Trzeba za nią oczywiście niemało zapłacić, ponieważ cennik modelu otwiera kwota 400 tys. zł, a bardziej ekskluzywne odmiany to już co najmniej pół miliona zł. Tym niemniej połączenie MPV z wygodą limuzyny wydawało się dotąd niemożliwe, ale VLE pokazało, że się myliśmy. A Niemcy i tak nie powiedzieli jeszcze ostatniego zdania…