Zmiana w kontrolach pojazdów znów wątpliwa. Cierpi na tym jakość powietrza

Zmiany uświadomią kierowcom, że opłata za przegląd to nie "zakup" pieczątki w dowodzie rejestracyjnym.
Zmiany uświadomią kierowcom, że opłata za przegląd to nie "zakup" pieczątki w dowodzie rejestracyjnym.
Źródło zdjęć: © Marcin Łobodziński
Tomasz Budzik

19.11.2020 10:54, aktual.: 16.03.2023 15:32

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Czeka nas rewolucja w przeglądach pojazdów i wykluczanie z ruchu tych samochodów, które powodują zagrożenie lub zanieczyszczenie środowiska. Kiedy? Tego nie wiadomo, bo styczniowego terminu prawie na pewno nie uda się dotrzymać.

Rzut na taśmę

Polska wciąż nie wdrożyła unijnej dyrektywy z 2014 r., zmieniającej zasady organizowania systemu kontroli technicznej pojazdów. Pierwszą próbę - z 2018 r. - zakończyło zaproponowane przez Jarosława Kaczyńskiego już podczas trzeciego czytania w Sejmie odrzucenie projektu w całości. Teraz, zgodnie z projektem obecnie planowanej nowelizacji zmiany mają wejść w życie od 1 stycznia 2021 r. Tyle że to praktycznie niemożliwe. Dlaczego?

W wykazie projektów, które trafią pod rozwagę Sejmu podczas posiedzenia 27 listopada, nie ma nowelizacji przepisów o przeglądach. Aby zająć się tym tematem, rząd będzie miał jeszcze dwa posiedzenia w grudniu. Trudno jednak wyobrazić sobie, by w tym czasie projekt przeszedł trzy czytania i oddzielające je prace w odpowiedniej komisji. W 2018 r. projekt nowelizacji trafił do Sejmu 2 listopada, co zaowocowało trzecim czytaniem 14 grudnia. Skrócenie czasu pracy w Sejmie o miesiąc byłoby godną uwagi - choć nie jestem pewien czy również pochwały - legislacyjną ekwilibrystyką.

By jednak w ogóle doszło do próby takiego rozstrzygnięcia, projekt nowelizacji musiałby przejść proces legislacyjny przewidujący 14 punktów. W tej chwili przepisy utknęły na 4. punkcie - opiniowaniu, które ruszyło wraz z konsultacjami publicznymi. Etap ten rozpoczął się 21 października. Dla porównania - projekt nowelizacji z 2018 r. wszedł na ten etap w połowie marca.

Na korzyść nowego przemawia jednak to, że już przed jego opublikowaniem Ministerstwo Infrastruktury konsultowało się ze środowiskiem właścicieli stacji kontroli pojazdów. Możliwe więc, że tym razem wszystko odbędzie się wyraźnie szybciej niż w 2018 r. Czy jednak na tyle, by zrównoważyć 8-miesięczną różnicę?

Zgodnie z zapisem nowelizacji nowe przepisy mają wejść w życie 1 stycznia 2021 r. Na razie wydaje się to jednak praktycznie niemożliwe. Co zmieni nowelizacja?

Koniec "kupowania" przeglądu

Nowe przepisy mają zaostrzyć kontrolę nad pojazdami sprawowaną przez diagnostów. Ich celem jest też poprawa nadzoru nad działalnością samych stacji kontroli pojazdów czy uprawnieniami diagnostów.

Najbardziej znaczącą dla kierowców zmianą będzie wymóg fotografowania pojazdów przechodzących badania - po to, by udowodnić, że rzeczywiście były one na ścieżce diagnostycznej. Co więcej, podejście do wykonywania badań technicznych ma być bardziej restrykcyjne. Diagności będą więc zobligowani do badania ustawienia świateł czy analizy spalin, co dziś często bywa pomijane.

Szczególnie tego drugiego może obawiać się wielu kierowców, a dokładnie posiadacze nieco starszych diesli. Te, w których ze względów ekonomicznych dokonano wycięcia filtra cząstek stałych (DPF), zamiast jego regeneracji czy wymiany, mogłyby nie otrzymać pieczątki. Rząd może czuć presję, bo o działania na rzecz wyeliminowania z ruchu pojazdów po wycięciu DPF-u w interpelacji pytał ostatnio poseł KO Artur Łącki. Tu powstaje jednak wątpliwość, czy na stacjach kontroli pojazdów w ogóle da się to sprawdzić.

- Podczas pomiaru zadymienia spalin w przypadku samochodów z filtrem cząstek stałych wynikiem powinna być wartość zerowa lub niewiele odbiegająca od zera – mówi Autokult.pl Marcin Barankiewicz, prezes zarządu Polskiej Izby Stacji Kontroli Pojazdów. - Trzeba jednak pamiętać, że badanie przeprowadzane na stacji polega na sprawdzaniu przepustowości świetlnej. Diagnosta nie ma prawa demontować żadnego elementu pojazdu. Nie może więc ze 100-procentową pewnością potwierdzić braku filtra. Oszacowałbym tę pewność na 90 proc. - dodaje Marcin Barankiewicz.

Jak dodaje prezes PISKP, obecnie nie ma obowiązku zapisywania wyniku przeprowadzonego badania analizy spalin. Przedstawiony przez rząd w październiku projekt też nie przesądza zmiany w tej materii. Wszystko będzie zależeć od nowych aktów wykonawczych, a projektów rozporządzeń jeszcze nie ma. Bez zapisów kontrolerzy sprawdzający, czy stacje działają prawidłowo, nie będą mogli w tej kwestii nic stwierdzić.

Jeśli nowe przepisy nie wprowadzą obowiązku raportowania wyników badania emisji spalin, zapewne wielu diagnostów będzie je po prostu pomijać. Będzie tak się działo z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze, skrupulatne trzymanie się wytycznych z pewnością przyczyniłoby się do wyraźnego zwiększenia odsetka negatywnych wyników przeglądów. Jeśli wieść o tym rozniosłaby się w środowisku lokalnym, wielu kierowców omijałoby stację. Drugim powodem pomijania analizy spalin może być obawa o nieprzyjemne reakcje ze strony kierowców na samo badanie. By mogło być przeprowadzone, należy wprowadzić silnik na wysokie obroty: 4-5 tys. obr./min. i utrzymywać je na takim poziomie. Pragnący zachować anonimowość przedstawiciel branży przyznaje, że w związku z tym słyszał już pretensje zmotoryzowanych i zarzuty o psucie silnika.

Na razie trudno powiedzieć, kiedy nowe przepisy wejdą w życie. Wiele wskazuje na to, że rząd znów zaliczy spóźnienie i nie będzie to 1 stycznia 2021 r. Kiedy jednak już się to stanie, kierowcy będą musieli przyzwyczaić się do skrupulatniejszej kontroli pojazdów, a także do tego, że w przypadku części z nich wyjazd ze stacji z pieczątką nie będzie regułą.

Źródło artykułu:WP Autokult
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (41)