Test: Mercedes-Benz GLS 450 4Matic – tylko wsiadać i jechać, nawet jak skończy się droga
Niektóre auta są jak ciepły kocyk w zimowy wieczór – otulają i po prostu pozwalają się rozpłynąć. Aż masz wrażenie, że szepczą do ucha: "wszystko będzie dobrze". Mercedes GLS bez wątpienia do nich należy. I nieważne, czy wolisz sedany, kombi, a może sportowe coupe. W nim po prostu czujesz się jak w domu, w ciepłych kapciach, na wygodnej kanapie. Nawet jeśli masz do czynienia z bazowym wariantem.
Gdyby nie kultura motoryzacyjna za Oceanem, trudno powiedzieć, jak wyglądałyby dziś losy Klasy S na szczudłach. Sam Mercedes mówi tak o GLS-ie, choć w nieco bardziej dyplomatyczny sposób. Na szczęście rozmiary flagowego SUV-a ze Stuttgartu (i jemu podobnych) nie są jeszcze na tyle absurdalne, by nie trafić na Stary Kontynent. Co nie znaczy, że są małe. W końcu mówimy o aucie liczącym ponad 5,2 m wzdłuż.
Wiele osób może powiedzieć "no i po co to komu", "kiedyś to rodzinie wystarczył Maluch". Ale zapewniam was – przejedźcie się raz tego typu autem, a z miejsca znajdzie się jako jedna z pozycji na liście waszego garażu marzeń. Wielki samochód mieszczący bagaże, rodzinę i spełniający obietnicę dowiezienia was w dowolne miejsce na świecie w komforcie absolutnie bezdyskusyjnym.
Stoją za nim argumenty tak mocne, jak fundamenty drapaczy chmur. Najmocniejszy to zawieszenie – już w standardzie zostaniecie uraczeni pneumatycznym podwoziem, ale jeśli chcecie wskoczyć poziom wyżej, w blokach startowych listy opcji czeka E-Active Body Control za dodatkowe 37,6 tys. zł. To elektrohydrauliczna alternatywa, która wyniesie poziom komfortu jazdy na wyżyny dzięki bieżącemu dostosowywaniu tłumienia i kontroli poziomu osobno dla każdego koła.
Podwozie wzbogacone jest wówczas o aktywną kompensację przechyłów, której intensywność i dynamikę można regulować w trzech poziomach. Efekt jest taki, że GLS płynie po nierównościach z delikatnością godną matki, która lula swoje dziecko do snu, choć nie jest to całkowite odcięcie od świata, jakim darzą produkty Rolls-Royce’a. Przy tym charakterze podwozia na komfort nie wpływają przesadnie nawet aż 22-calowe obręcze, które w konfiguratorze i tak nie należą do największych.
Jednocześnie inżynierowie stosownie przygotowali samochód zarówno na gwałtowne manewry, które nie kończą się efektownym dachowaniem, jak i ewentualność opuszczenia asfaltu. Nie jest to co prawda Klasa G (której wizerunkowo także bliżej do bulwarówki), ale regulowane na wysokość zawieszenie i sprawny napęd na cztery koła pozwolą wygrzebać się w razie opałów.
Zgrabnie ominąć przeszkodę pozwoli z kolei zintegrowany z systemem kamer widok "przezroczystej" maski, a jeśli naprawdę planujecie częściej opuszczać utwardzone drogi, warto skusić się na wymagający 3,4 tys. zł dopłaty pakiet off-road. Wówczas będziemy mogli podnieść o dodatkowe 3 cm zawieszenie, podwozie będzie chronione metalowymi osłonami, a napęd będzie odbywał się przez wzmocnione półosie. Pakiet zawiera również zmodyfikowany pod brodzenie układ chłodzenia i wydajniejszy wentylator.
W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o dodatkowej funkcji w postaci trybu uwalniania. Jeśli zakopiecie się w piasku, miarowe ruchy góra-dół, niczym w lowriderze, mają pomóc wydostać 2,5-tonowego kolosa. Czy ktokolwiek kiedykolwiek z tego skorzysta? Na pewno, chociaż wątpię, by stało się to faktycznie w sytuacji, do której system został stworzony. Prędzej przy akompaniamencie oldschoolowego rapu, by zaimponować znajomym. Z własnego doświadczenia mogę wam powiedzieć, że zabawy będzie co niemiara.
Chęć ucieknięcia GLS-em daleko jest tym silniejsza, że w mieście czujesz się w nim jak słoń w składzie porcelany – szeroki na dwa metry kolos ledwo mieści się na pasie, zaparkowanie pod pobliskim kompleksem handlowym, mimo obecności kamer 360 stopni, będzie wymagało nieco gimnastyki, a wysiadanie w ciasnych miejscach może wiązać się z pokazem ekwilibrystycznym. Publika gwarantowana. Paradoksalnie GLS, i to nie tylko w USA, właśnie w takich warunkach spędza większość swojego "życia".
Tym niemniej kolejnym argumentem, stojącym za komfortem, jest wnętrze – przepastne i niezwykle obfite w skórzane wykończenie. Szerokie fotele mają ogromny zakres regulacji i już w podstawie oferują grzanie oraz wentylację, a za dodatkowe 6 tys. zł dostaniecie funkcję masażu. Czarno-koniakowe połączenie pasuje tu jak nic innego, choć pełne wrażenie psuje w mojej opinii wybrany do tego egzemplarza pakiet dekorów z fortepianowej czerni, która przyciąga kurz niczym magnes. Całe szczęście, że do wyboru jest pięć innych opcji, w tym trzy rodzaje drewna.
Mercedes GLS nie należy do aut, które niosą za sobą wady dużych wymiarów, nie dając wiele w zamian. II rząd jest na tyle przestronny, że nawet podróż w trzy dorosłe osoby na tylnej kanapie nie będzie utrapieniem. Jej ustawienie i kąt pochylenia oparcia regulowane są elektrycznie, a wisienkę na torcie stanowią miękkie poduszki na zagłówkach. W bagażniku czekają z kolei jeszcze wyjmowane z podłogi (oczywiście elektrycznie) dwa bonusowe siedzenia, które są więcej niż symboliczne. Posadzeni tam goście nie powinni rozpatrywać swojej obecności w formie kary.
Mało tego – już w standardzie mogą oni liczyć na dwa gniazda USB-C na stronę, za dodatkowe 4 tys. zł wydzielona zostanie osobna, piąta strefa klimatyzacji z regulacją temperatury, a za kolejne 2 tys. zł będą mogli korzystać nawet z podgrzewanych siedzeń. Nawet przy pełnym obłożeniu do wykorzystania pozostanie 355 litrów. Bez III rzędu – aż 890 litrów. I niech was nie przestraszy rozmiar auta – podczas pakowania bagaży można opuścić podłogę do wygodnego poziomu.
Jakość wykonania kabiny pozostaje na wysokim poziomie – Mercedesowi udało się już w dużej mierze uporać z problemem trzeszczącego kokpitu, choć niestety nawet we flagowym SUV-ie ta niedoskonałość nie została jeszcze całkowicie wyeliminowana i niepożądane dźwięki mogą się pojawiać np. napierając na panel dachowy od obsługi szyberdachu. Być może w modelu po liftingu, który dopiero co pokazano, problem został całkowicie wyeliminowany.
Jeśli nie jesteście fanami całkowitej ekranozy, którą serwuje odświeżony GLS, powinniście czym prędzej zainteresować się kończącą karierę odsłoną testowego egzemplarza. Niemcy stawiają obecnie na zdecydowaną rewolucję we wnętrzach swoich aut, natomiast flagowy SUV pozostaje propozycją z wnętrzem w "starym-nowym stylu".
Tutaj cyfryzacja jeszcze nie przyćmiewa ekskluzywnego wizerunku i współgra z ambitniejszym wzornictwem, choć nie da się ukryć, że samochód i tak naszpikowany jest wszelkiej maści systemami. Niezmiennie jednym z najlepszych jest inteligentny tryb sterowania głosowego, z którym inni producenci zaczynają dopiero eksperymentować.
Trudno nie docenić także fizycznego wymiaru obsługi. Mimo mnogości opcji Mercedes zawarł najważniejsze w formie zwykłych przycisków, co przy trendzie skupiania wszystkiego na ekranie jest bardzo dobrą wiadomością. Może kojarzyć się to staroświecko, ale Niemcy zdecydowali się na taki ruch też w nowym modelu po kolejnym liftingu. Z punktu widzenia skupienia kierowcy na drodze – nie można było podjąć lepszej decyzji.
Jeśli już musicie załatwić coś na głównym ekranie, można skorzystać z dotykowego panelu na konsoli centralnej albo gładzika na prawym ramieniu kierownicy – prawdopodobnie szybko jednak porzucicie drugi z pomysłów, bo pole jest na tyle małe, że wybranie żądanej opcji jest bardzo czasochłonne i wymaga wprawy oraz celnych ruchów kciukiem.
Wielkie podróżowanie
Wróćmy do całościowych aspektów podróżowania. Przyjemność jazdy autem dopełnia bowiem odpowiedni silnik – w tym przypadku oznaczenie GLS 450 oznacza, że mamy do czynienia z bazowym silnikiem benzynowym. Mercedes mierzy wysoko, dzięki czemu ten wybór nie jest w żadnym stopniu obarczony kompromisami.
W wersji 450 pod maską pracuje uczciwe, 3-litrowe R6 o mocy 381 KM i momencie sięgającym 500 Nm. Dodatkowe 20 KM płynie z układu miękkiej hybrydy, który niezauważalnie wspiera spalinową jednostkę. Nie jest to auto do sprintu spod świateł, ale taki zestaw zapewnia więcej niż wystarczającą dynamikę – sprint do "setki" trwa zaledwie 6,1 s.
Bardziej niż sam sprint zachwyca elastyczność jednostki i jej zdolność do rozpędzania 2,5-tonowego olbrzyma. Robi to w sposób tak aksamitny i wręcz lekki, jakbyśmy mieli do czynienia ze znacznie mniejszym i lżejszym autem. GLS tak dobrze odcina od świata zewnętrznego, że jedyne, co poczujecie podczas przyspieszania (a właściwie zobaczycie), to niepowstrzymaną wskazówkę prędkościomierza bez trwogi wspinającą się po tarczy.
Zużycie paliwa trudno nazwać rozsądnym, ale pamiętajmy, że mamy duży benzynowy silnik w ogromnym i ciężkim aucie. Spalanie w mieście potrafi sięgnąć nawet 16 l/100 km, ale jeśli macie spokojniejszą stopę, bez problemu osiągniecie ok. 12 l/100 km. Z kolei na trasie optymalną prędkością jest 120 km/h – wówczas silnik wciągnie 9,5 l na każde 100 km, a 9-biegowy, niezwykle płynnie pracujący automat będzie utrzymywał obroty na poziomie 1800 obr./min. Przy 90-litrowym baku nawet tak subiektywnie niemałe zużycie pozwoli przejechać bez tankowania blisko 1000 km.
Przy 140 km/h komputer pokazuje już ok. 12,5 l/100 km, ale po drugiej stronie drabinki stoi wynik uzyskany przeze mnie na drodze krajowej – 7,5 l/100 km. Niezależnie od warunków, w jakich będziecie podróżować, w kabinie będzie panowała cisza i spokój i to mimo ogromnej powierzchni czołowej. To sprzyja delektowaniu się 29-głośnikowym systemem audio od Burmestera o mocy 1610 W, który wymaga "jedynie" 23,3 tys. zł dopłaty. Mercedes świetnie poradził sobie z nagłośnieniem i akustyką we wnętrzu wielkości przedpokoju.
Jeżeli 3-litrowy benzyniak nie jest waszym faworytem, w ofercie czeka jeszcze diesel o tej samej pojemności i liczbie cylindrów w dwóch wariantach mocy (313 lub 367 KM). Najedzeni powinni być także ci, którzy uważają, że takie auto można sparować wyłącznie z V8 – Mercedes oferuje w GLS-ie 4-litrową, podwójnie doładowaną widlastą "ósemkę" w wersji łagodnej (GLS 580), ostrej (GLS 63 AMG) oraz wykwintnej (GLS 600 Maybach).
Cenę GLS-a można postrzegać dwojako – z jednej strony kwota 541,1 tys. zł, którą trzeba zapłacić za podstawowego benzyniaka (podstawowy diesel GLS 350d startuje od 515 tys. zł), obiektywnie nie jest niska. Mówimy o sumie przekraczającej pół miliona. Z drugiej strony wyrafinowanie GLS-a jest zupełnie obce przyziemnym 7-osobowym SUV-om. Mówimy tu w końcu o podniesionym odpowiedniku Klasy S – symbolu i synonimie luksusu.
Miłym zaskoczeniem był też fakt, że we wspomnianej kwocie na pokładzie znajdziemy już bardzo dużo przydatnego wyposażenia, do którego wiele marek premium przyzwyczaiło nas dopłacać. Lista płatnych opcji jest co prawda obfita, ale już to, co dostajemy w standardzie, nie daje powodu do wstydu.
Możemy liczyć m.in. na skórzaną tapicerkę, drewniane dekory, 4-strefową klimatyzację, pneumatyczne zawieszenie, bezkluczykowy dostęp, elektrycznie otwieraną klapę bagażnika, indukcyjną ładowarkę, kamerę 360 stopni, otwierany panoramiczny dach, elektrycznie sterowane fotele przednie z podgrzewaniem, wentylacją i pamięcią ustawień czy rozbudowany wachlarz asystentów podróży z funkcją jazdy w korku. BMW X7 startuje z podobnego poziomu, natomiast (w teorii) pozycjonowany wyżej Range Rover w najtańszej odmianie 7-osobowej kosztuje już aż 859 tys. zł, a przy tym nie oferuje wszystkiego, co w GLS-ie dostajemy w standardzie.
Mercedes GLS jawi się jako solidna propozycja w segmencie – o wykwintnej bazie, która pozwala na swoistą wszechstronność i lekkie dopasowanie do potrzeb. Na pierwszy rzut oka jest co prawda za duży i zbyt bezsensowny, szczególnie jak na miejskie warunki, ale po zapoznaniu się dokładnie czujesz, że składa ci kilka obietnic – od spełnienia potrzeb transportowych, aż po wierność i bezwzględny komfort podczas podróży. To samochód, w który możesz spakować bliskich, połowę dobytku i ruszyć na drugi koniec świata, nie przejmując się warunkami zewnętrznymi. Nawet jeśli skończy się droga.
Mercedes GLS to samochód z gatunku tych, które bronią się same. Nie trzeba przekonywać do ich zalet, bo zwyczajnie trudno zebrać wszystkie w całość. Można w nim widzieć obiekt przepychu i szpanu, ale stawiając się w roli użytkownika takiego auta, trudno go nie pokochać. Jest to trafione połączenie, jeśli chcesz cieszyć się dorobkiem Klasy S, a jednocześnie patrzyć na innych z góry w sensie dosłownym.
- Czujesz się w nim jak w domu
- Zawieszenie z E-Body Active Control niemal izoluje od świata zewnętrznego
- Już podstawowy benzyniak z nawiązką wypełnia potrzeby dynamiczne
- Satysfakcjonujące wyposażenie w podstawie
- III rząd siedzeń nie jest symboliczny
- Jakość wykonania wnętrza miejscami wciąż jest niedoskonała
- Powolne multimedia na ekranach w II rzędzie i na tablecie
Mercedes-Benz GLS 450 4Matic | |
|---|---|
Rodzaj napędu | Silnik spalinowy, benzyna |
Pojemność silnika spalinowego | 2999 cm3 |
Liczba cylindrów | 6 w rzędzie |
Moc maksymalna | 381 KM + 20 KM przy 5800-6100 rpm |
Moment obrotowy maksymalny | 500 Nm + 250 Nm przy 1600-4500 rpm |
Napędzane koła | wszystkie |
Skrzynia biegów | Automatyczna 9-biegowa |
Przyspieszenie 0-100 km/h | 6,1 s |
Prędkość maksymalna | 250 km/h |
Zużycie paliwa WLTP w cyklu mieszanym | 10,3 l/100 km |
Zużycie paliwa zmierzone w mieście | 12,0 l/100 km |
Zużycie paliwa zmierzone w trasie | 7,5 l/100 km |
Zużycie paliwa zmierzone na drodze ekspresowe | 9,5 l/100 km |
Zużycie paliwa zmierzone na autostradzie | 12,4 l/100 km |
Masa własna (bez kierowcy) | 2550 kg |
Długość pojazdu | 5209 mm |
Wysokość pojazdu | 1823 mm |
Szerokość pojazdu | 1999 mm |
Rozstaw osi | 3135 mm |
Pojemność bagażnika | 890 l (355 l z rozłożonym III rzędem( |
Cena modelu od | 515 500 zł |
Cena wersji silnikowej od | 541 400 zł |
Cena egzemplarza testowego | 703 835 zł |