Wyprzedał się, zanim pojawił się na rynku. Jubileuszowi Golf GTI Edition 50 zawitał do Polski
Zazwyczaj informacje o wyprzedaniu się limitowanej puli dotyczą nieco bardziej egzotycznych aut. Tym razem jednak głównym bohaterem jest Golf GTI w wersji Edition 50, będącej jubileuszowym wydaniem z okazji 50-lecia powstania pierwszego Golfa GTI. Okazja jest wyjątkowa, a Niemcy nie mogła sobie wymarzyć lepszych warunków do jej świętowania.
Volkswagen Golf GTI uznawany jest za prekursora hot-hatchy. Nad jego powstaniem w latach 70. pochyliło się skromne grono zbuntowanych inżynierów, nadając całej operacji kryptonim "Sport Golf". Jeszcze rok przed oficjalnym debiutem, który miał miejsce w 1976 r., prototyp pełnił funkcję samochodu bezpieczeństwa podczas wyścigu na Nürburgringu.
Przez dekady ideę sportowego, ale i wszechstronnego hatchbacka podłapali niemal wszyscy liczący się producenci, tworząc wręcz swoistą popkulturę. Aż szkoda patrzeć, że dziś w obliczu zaostrzających się norm emisji, a także coraz większej władzy księgowych w segmencie została zaledwie garstka graczy. Choć garstka to i tak za dużo powiedziane.
Wśród ostatnich na posterunku pozostaje Volkswagen z Golfem GTI. Po 2,5 mln egzemplarzy GTI zamkniętych w ośmiu już generacjach przyszła pora na zdmuchnięcie świeczek z tortu przygotowanego na 50. jubileusz i przygotowanie czegoś specjalnego, jak przystało na każdą z dotychczasowych odsłon. Tym "czymś" jest Golf GTI Edition 50, który właśnie zawitał do Polski.
Mówimy o najmocniejszym i najszybszym Golfie GTI w historii, który przeszedł szereg zmian w stosunku do zwykłego modelu. Najważniejszą stanowi silnik – 2-litrowy TSI z serii EA888 evo4 generuje aż 325 KM i 420 Nm. To o 60 KM i 50 Nm więcej, niż oferuje bazowy GTI i zaledwie 8 KM mniej, niż oferuje R-ka z napędem na cztery koła.
W Edition 50 cały potencjał w dalszym ciągu przekazywany jest bowiem tylna przednią oś. Przekłada się to na sprint do "setki" w 5,3 s oraz prędkość maksymalną rzędu 270 km/h. Do tego dochodzi elektroniczna szpera, adaptacyjne zawieszenie DCC obniżone o 15 mm względem zwykłego Golfa i inna geometria względem bazowego GTI.
Całość obsypano stosowną posypką zawierającą m.in. emblematy przypominające o jubileuszu, czarne końcówki wydechu, boczny pas z gradientem od czerni do koloru nadwozia, emblematy na progach, czerwone nakładki na aluminiowe pedały, tapicerkę w kratkę GTI z czerwonymi i zielonymi przeszyciami i opcjonalną kierownicę obszytą zamszem (za 960 zł).
Wszystkie te smaczki robią fenomenalne wrażenie na żywo, podnoszą istotę modelu i stanową odniesienie do spuścizny, którą przez dekady Volkswagen pielęgnował. Jeśli dla kogoś to wciąż niewystarczająco, może zdecydować się na pakiet Performance. Wówczas dostajecie maszynę nieco mocniej ukierunkowaną w stronę torowego wykorzystania.
Zawieszenie idzie w dół o kolejne 5 mm i zyskuje wyostrzoną geometrię, nadkola wypełniają 19-calowe, kute felgi Warmenau, na które naciągane są opony typu semi-slick Bridgestone Potenza Race, a wydech zamieniany jest na tytanowy. Co więcej, dzięki zmianom w zakresie kół (13 kg) i wydechu (12 kg), Golf GTI traci aż 25 kg na masie i waży 1445 kg.
Przygotować taką wersję to jedno, ale grzechem byłoby nie wykorzystać jej w akcji. Volkswagen podjął już jakiś czas temu próbę bicia rekordu na torze Nürburgring – wówczas przy nie do końca sprzyjających warunkach Benjamin Leuchter uzyskał czas 7:46,13 min. To wystarczyło, by uznać Edition 50 za najszybszego produkcyjnego Golfa na "Zielonym Piekle". Ale Volkswagen wciąż był głodny.
Niedawno próbę powtórzono już w lepszych warunkach. Efekt może jest nieznaczny, ponieważ samochód osiągnął czas 7:44,523 min, ale pozwoliło to pobić rekord Hondy Civic Type R sprzed 3 lat. Mówiąc w skrócie – Golf GTI Edition 50 jest teraz nie tylko najszybszym produkcyjnym Volkswagenem na Nürburgringu, ale także najszybszym przednionapędowym autem na tym torze.
Rekord Hondy został pobity zaledwie o 0,358 s, co przy niemal 21-kilometrowej pętli stanowi wygraną dosłownie o włos. Niektórzy zapewne zauważą, że napisałem, iż Edition 50 jest także najszybszym produkcyjnym Volkswagenem na wspomnianym obiekcie. A co z Golfem R? Cóż, jego czas wykręcony w 2022 r. jest o blisko 3 s gorszy. Żeby lepiej zobrazować wam sytuację i powagę sytuacji, jubileuszowej edycji zabrakło zaledwie 4 s do Lamborghini Murcielago LP640 czy… Bugatti Veyrona.
Kwota, jaką Volkswagen życzy sobie za Golfa GTI Edition 50, to 196 360 zł, co oznacza, że samochód jest… o 700 zł droższy, od teoretycznie wyżej pozycjonowanej R-ki. Na "dzień dobry" samochód załapał się jednak do zniżek, jakie Volskwagen oferował na sportowe modele i choć wciąż kosmetycznie droższy od R-ki, kosztuje od 179 390 zł – oznacza to, że jest 25,4 tys. zł droższy od bazowego GTI, 15 tys. zł droższy od Golfa GTI Clubsport, a dokupienie pakietu Performance wiąże się z wyłożeniem kolejnych 17 650 zł.
Mimo to samochód cieszy się od początku sporym wzięciem. Trudno się temu dziwić – limitowany charakter i jubileuszowa wersja zawsze postrzegane są jako inwestycje kolekcjonerskie, nawet gdy mowa o pozornie przyziemnym aucie, jak Golf GTI. Szybko okazało się jednak, że przeznaczona na nasz rynek pula 150 egzemplarzy nie wystarczy, a sloty rozeszły się, zanim samochód trafił do salonów.
Dużym zainteresowaniem cieszyła się zresztą nie tylko edycja specjalna – dzięki wyraźnemu obniżeniu cen wszystkich sportowych modeli VW, ich sprzedaż wzrosła w 2025 r. aż o 272 proc. Polskiemu oddziałowi Volkswagena udało się natomiast wynegocjować zwiększenie puli Edition 50 do 400 egzemplarzy, dzięki czemu chętni mogą jeszcze zamówić swoją sztukę.
Gość specjalny
Podczas prezentacji Golfa GTI Edition 50 wydarzeniu towarzyszył jeszcze jeden gość specjalny – egzemplarz pierwszej generacji Golfa GTI, od której wszystko się zaczęło. Samochód został pozyskany ze Szwajcarii we współpracy z Classic Auto po długich i żmudnych poszukiwaniach jak najstarszego i najlepiej zachowanego egzemplarza.
Ta sztuka jest wyjątkowa z dwóch powodów – pochodzi z 1977 r., a więc z początku produkcji, a dodatkowo w Szwajcarii przeprowadzono na tyle gruntowny remont egzemplarza, że tamtejszy urząd zgodził się na wyzerowanie licznika przebiegu. Mówimy tu więc o niemal fabrycznie nowym aucie, który po sprowadzeniu do Polski został poddany tylko delikatnej kosmetyce. Niebawem z pewnością usłyszycie o nim więcej.