Rozmowa ze spekulantem o cenach aut. Zdradził, na czym będzie można zarobić

Rozmowa ze spekulantem o cenach aut. Zdradził, na czym będzie można zarobić14.09.2022 14:07
Patrzycie na samochód, który będzie wyjeżdżał z salonu wprost na aukcje i zamiast jeździć, przez pierwszy rok, może dwa, posłuży tylko do zarabiania
Patrzycie na samochód, który będzie wyjeżdżał z salonu wprost na aukcje i zamiast jeździć, przez pierwszy rok, może dwa, posłuży tylko do zarabiania
Źródło zdjęć: © fot. mat. prasowe/Ford

Zadzwonił do mnie człowiek, który zwrócił uwagę na mój artykuł o Toyocie GR Yaris – modelu, którego ceny w krótkim czasie poszybowały do granic absurdu. Zapytał, czy chciałbym wiedzieć, jak to działa w praktyce. "Panie Marcinie, sprzedałem trzy GR yarisy i cztery jimny. Mogę o tym opowiedzieć" – rzucił przez telefon. Porozmawialiśmy. Było ciekawie.

Mężczyzna, z którym rozmawiałem, chciał pozostać anonimowy. Nie zależy mu na rozgłosie, wręcz przeciwnie, uważa się wprost za spekulanta (prosił, by używać tego określenia zamiast flippera), a to nie zawsze jest postrzegane pozytywnie. Przyznał też, że takie działanie negatywnie wpływa na rynek, a konkretnie na realne ceny zakupu, ale pozytywnie na jego konto. Sam wymyślił dla siebie pseudonim – "Mirek Handlarz".

Marcin Łobodziński: Dlaczego pan do mnie zadzwonił?

"Mirek Handlarz": Tak jak panu powiedziałem – podobał mi się tytuł i dobre ujęcie tematu. Trochę ogólne, ale dobre. Pan już kiedyś o tym pisał, ja wtedy handlowałem tymi toyotami. Sam sprzedałem trzy takie yarisy i było to na samym początku, kiedy ten model wszedł do sprzedaży.

MŁ: Za ile sprzedał pan te auta?

MH: Nie pamiętam konkretnych cen kupna i sprzedaży, ale na pierwszym zarobiłem na czysto 15 tys. zł i wiem, że auto kupiła ode mnie osoba taka jak ja, z myślą o dalszej sprzedaży. Na drugim, kupionym w tym samym czasie, zarobiłem jakieś 40 tys. zł, a trzecie sprzedałem, pamiętam, za równe 190 tys. zł, to tam wyszło ok. 30 tys. zł zysku, bo to była wersja Sport. W tym trzecim przypadku to nawet odsprzedałem po prostu gotowe zamówienie, nawet nie widziałem auta. Nie będę zdradzał panu szczegółów, ale tak naprawdę żadnego z tych aut nawet nie zamawiałem osobiście.

MŁ: Kupił je pan "na słupa"?

MH: No, no co mam powiedzieć – tak! Brzmi to może jak jakiś przekręt, ale tak. To nie żadne oszustwo. Wie pan, jeden ma pieniądze, drugi chce zarobić pieniądze. Ja daję mu, żeby zarobił i dla mnie, i dla siebie. Każdy jest zadowolony, nawet ten, co potem przepłacił. Ja byłem tylko pośrednikiem, czyli tym, co miał pieniądze.

MŁ: Mówi się, że auto czy inny produkt jest wart tyle, ile ktoś za niego zapłaci. Zatem "przepłacił" to chyba nie jest dobre określenie?

MH: Jak pójdzie pan do salonu Citroëna, to dostanie pan zniżkę, prawda? Dlaczego? Bo mało ludzi kupuje auta tej marki. Ja nie kupiłem nigdy, ale wiem, że tak jest, a przynajmniej było. Ale jak pójdzie pan do salonu Toyoty czy Suzuki, to pytanie o zniżkę będzie szaleństwem. Nikt panu jej nie da. Dlaczego? Bo tych aut nie ma za dużo i dealer wie, że sprzeda wszystkie.

A jak pan chce kupić takiego GR yarisa czy jimny, to jak będzie? Kupuje taki, jak ja, albo nawet sam dealer i sprzeda panu za ileś procent więcej tylko dlatego, że miał możliwość zdobycia auta. Teraz należy ono do niego i on dyktuje cenę. Nie ma drugiego, który powie: "ja sprzedam taniej". Ten drugi, nawet jak będzie, to powie: "ja sprzedam za tyle samo, albo drożej", bo nie jest głupi. Nie dlatego, że auto jest warte więcej, niż sobie oszacował importer czy dealer, bo gdyby tak było, to od razu walnęliby cenę z kosmosu – tak mi się wydaje – chyba że tę cenę ustala sam producent. Ale na rynku cena jest z kosmosu, bo "cwaniak" wykupił towar, wiedząc, że będzie go brakowało i teraz sprzedaje za tyle, za ile chce.

Wyjaśnię panu na innym przykładzie, bo ja spekulantem jestem nie od dziś i samochody to nie jest moja główna działka. Idzie pan na koncert jakiegoś ulubionego zespołu. Co prawda teraz to się wszystko dzieje w internecie, nie wiem, jak to działa, ale powiedzmy, że jeszcze internetu nie ma. Wiem, że na koncert przyjdą tysiące ludzi. Jeśli mam forsę, to idę sobie wcześnie rano, staję w kolejce do kasy jako pierwszy i kupuję 50 tys. biletów, a wszystkich jest na przykład 60 tys. Oczywiście przesadzam z liczbami i pewnie nikt mi nie sprzeda tylu biletów, ale to przykład. Co to oznacza? Że dla 50 tys. osób to ja dyktuję ceny tych biletów. I mnie nie obchodzi, że 10 tys. osób kupiło bilet za 100 zł, bo ja wiem, że inni kupią za 200 czy 400 zł, a i tak zabraknie dla wszystkich.

Idzie pan na koncert, wie, że bilet jest za 100 zł, ale dowiaduje się pan, że już biletów nie ma. Ile pan mi zapłaci? 150, 200, 300 zł? Pana kolega był rano i kupił jeszcze za 100 zł. Teraz sobie pan odpowie na pytanie: czy pan przepłaca? Oczywiście, że tak! Ale pan się na to godzi, bo chce być na koncercie. Nie musi pan, ale chce. No to przepłaca. Więc słusznie pan mówi, że towar jest wart tyle, ile ktoś za niego płaci, ale to nie wyklucza tego, że się za coś przepłaca. Dlatego nie jestem z tego dumny, ale jakoś trzeba zarabiać, a ja nauczyłem się w ten sposób. To dlatego spekulacja była zwalczana za komuny.

MŁ: Dlaczego te samochody tak szybko stały się tak drogie? Mam na myśli Suzuki Jimny, a potem Toyotę GR Yaris? Jak ten mechanizm działa? No chyba nie macie jakiegoś forum, na którym umawiacie się, że GR Yaris za 150 tys. zł będzie sprzedawany za 180 tys. zł?

MH: Bo jest więcej osób takich jak ja – to wszystko. Ale wcale to nie jest jakieś tajemne grono. Powiedzmy, że jestem zwykłym człowiekiem. Kupuję auto za 80 tys. zł – za tyle kupiłem pierwsze jimny – i powiedzmy, dowiaduję się od samego dealera, że mam szczęście, bo tych samochodów jest mało. Więc sprawdzam i okazuje się, że faktycznie miałem szczęście. Że inni już nie kupią.

Jeśli mam głowę na karku, to odbieram swoje auto, nie jeżdżę nim i wystawiam je na aukcję np. za 120 tys. zł. Potem ktoś inny, co też kupił za 80 tys. zł, myśli sobie: "O kurka, ktoś sprzedaje za 120 tys. zł? To ja też sprzedam, może zarobię". I wystawia ostrożnie za 100 tys. zł, bo już, powiedzmy, przejechał 500 km. Udało mu się, bo miał lepszą ofertę niż moja, a i tak zarobił, więc jeśli wie, jak się zakręcić i główka pracuje, to szuka salonu, gdzie kupi kolejne auto i wystawi za 120 tys. zł. I to się samo nakręca, bo pojawiają się kolejni klienci.

Mało kto wtedy kupił jimny i nie sprzedał od razu, tylko jakiś wielki miłośnik. Więc cena rosła, ale nie dlatego, że auto było warte więcej z dnia na dzień, tylko dlatego, że tym kilku osobom udało się je kupić, myśląc tylko o zarobku. A zresztą, co tu daleko szukać. Jak było z paliwem na początku roku? Ja znam ludzi, który stali w kolejce po paliwo nie dla siebie, tylko na handel. I sprzedawali na drugi dzień tym, co go potrzebowali. Jak było niedawno z cukrem czy teraz z węglem? Wyobraża sobie pan, że ma dojście do węgla za 1000 zł i go nie kupi, nawet jeśli dom ogrzewa pan prądem czy gazem?

MŁ: Rozumiem. Podobnie działa rynek superluksusowych samochodów, jak krótkie serie od Ferrari czy Porsche. Tym też się pan zajmuje?

MH: Nieeee, tym nie. To dla mnie za wysoka półka. Ja kocham samochody, ale nie znam się na tym aż tak dobrze, to nie dla mnie. Ja mam pieniądze, ale nie aż tyle, żeby za milion czy pięć milionów kupować takie kosmiczne auta. Mnie wystarczy to. Tu jest mniejsze ryzyko. Ale powiem panu, że wszystko zaczęło się od focusa RS-a, który też był niby limitowany i ceny były wyższe niż w cennikach. Wtedy połączyłem jedno z drugim. Skoro tak się zarabia na ferrari, a nawet na fordach, to czemu nie na innych, tańszych autach?

MŁ: Ale wyjątkowych jednak.

MH: No tak, to podstawa. Ja zacząłem od jimny – mówię o nowych, bo używane już kiedyś sprzedawałem. Są takie modele, które ludzie kochają, zanim jeszcze wejdą do sprzedaży. Ale nie są to tylko kultowe modele. Ja zdradzę panu taki sekret, że można zarobić nawet na yarisie crossie, jak się pokombinuje.

MŁ: A na czym będzie można zarobić w przyszłości?

MH: Może pan zarobić, na czym chce, tylko musi mieć pieniądze. Wejdzie pan na przykład na Otomoto i wybierze jakiś kultowy, starszy model samochodu. Jakie auta pan lubi?

MŁ: Terenowe.

MH: Ja też, to mamy Wranglera tego pierwszego. Ile ich jest?

MŁ: (sprawdzam) Jest 18 na sprzedaż.

MH: No to kupuje pan 15 aut, zostawia na rynku trzy najdroższe i jest pan już królem rynku na wranglery. Teraz to pan ustala ceny na podstawie tych najdroższych, które obecnie są jedynymi na sprzedaż. Powiedzmy, że ładnego wranglera można było kupić w zakresie od 30 do 60 tys. zł. Jak pan wykupił 15 z 18, to zostały tylko trzy sztuki za 60 tys. zł. I to są obecnie najniższe ceny! Więc co za problem teraz wystawić za 45 tys. zł tego, którego kupił pan za 30 tys. zł? To będzie okazja! Oczywiście to tylko taki uproszczony przykład, bo pytał pan o mechanizm.

MŁ: Mam wrażenie, że tak było z jeepami cherokee XJ – ceny rosły i rosły, bo te najładniejsze były wystawiane za jakieś absurdalne kwoty, za dużo więcej niż te tanie. Nikt ich nie kupował, ale z czasem ludzie przywykli do wysokich cen. Były wyższe niż realna wartość, więc te tanie też były wystawiane za więcej.

MH: No to już pan wszystko rozumie.

MŁ: To może inaczej, wracając do wcześniejszego pytania – na jakich nowych modelach będzie można zarobić w przyszłości?

MH: Niech pan pomyśli, na jakie auto ludzie teraz czekają? Tacy miłośnicy.

MŁ: Jedno, co mi przychodzi do głowy, to czterodrzwiowe Jimny.

MH: O, tu mnie pan zaskoczył, ale dziękuję za informację. Nie wiedziałem, że takie będzie.

MŁ: Ford Bronco!

MH: Dokładnie! Zobaczy pan, co się będzie działo. To ma być chyba jakaś krótka seria, zresztą pan jako dziennikarz powinien wiedzieć lepiej. Ale to będzie szaleństwo.

MŁ: Ile pana zdaniem będzie kosztował?

MH: Dużo więcej niż nowy wrangler – tego jestem pewien. Dlaczego? Bo wranglera można kupić, a bronco trzeba najpierw sprowadzić ze Stanów, potem naprawić i jeszcze może przerobić. Zresztą nie widziałem jeszcze nowego bronco w Polsce. Oczywiście mówimy o cenach spekulacyjnych, a nie tych z cennika.

MŁ: Jeśli importerzy ściągną trochę bronco ze Stanów, nawet uszkodzonych, to te nowe mogą być tańsze? Dobrze to rozumiem?

MH: W jakimś stopniu tak, ale wie pan – to będzie polski salon. To inne auta. Tańsze będą za 10 lat, jak tych ze Stanów będzie tyle samo, a te z Polski czy innych rynków będą stare.

MŁ: W sumie to pan zdradził przyszły hit, więc już pan na nim nie zarobi, bo inni wykupią.

MH: Obawiam się, że bronco będzie tak drogie i tak niedostępne, że chyba nie będę się w to pchał, więc raczej nie stracę. Nawet jeszcze nie interesowałem się, kiedy wejdzie i ile tego będzie – może pan wie? Zresztą nie wiem, co będzie zimą, a co tu mówić o przyszłym roku. Ale powiem panu o jeszcze jednym hicie, jeśli wejdzie do sprzedaży w Polsce.

MŁ: Jakim?

MH: Nowa Toyota Land Cruiser – nie mówię o tej dużej (seria 300 – przyp. red.), tylko o następcy tej, co jest teraz u nas (J150 – przyp. red.). Proszę zobaczyć, że ci ludzie, mam na myśli tych od land cruiserów, kupują te "ciągniki" z Dubaju (model VDJ78-79 – przyp. red.), co to ledwie samochód przypominają, za kosmiczne 200-300 tys. zł. Boże, przecież to jest jak traktor. A te nowe land cruisery za ponad 600 tys. zł! Też nie wiem, czy w to wejdę, bo nie wiem, jak kolejna generacja będzie wyglądała i ile kosztowała, ale na tym ludzie będą zarabiać.

MŁ: Ja wiem, że będzie wyglądała genialnie, jak przyszły hit.

MH: To już pan wie, na co oszczędzać pieniądze.

MŁ: Dziękuję za rozmowę.

Źródło artykułu:WP Autokult
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (45)