Lamborghini Temerario na Hungaroringu. To już nie jest "baby-lambo"
Lamborghini było jedną z marek najdłużej produkujących samochody z V10. Huracan z tym motorem był głośny i wściekły. To było dzieło sztuki inżynierskiej. Jak powiodła się misja zastąpienia tej maszyny widlastą ósemką kręcącą się do absurdalnych 10 tys. obr./min., sprawdziłem na torze, na którym odbywają się Grand Prix Formuły 1.
Czarny van podwozi mnie na ogromny parking na tyłach padoku węgierskiego Hungaroringu. Raz w roku to miejsce staje się areną starć bolidów Formuły 1. Teraz jednak nie ma tu gwaru i tłumów. Są za to maszyny ustawione obok siebie, mieniące się różnymi kolorami. Lamborghini przez lata skutecznie utrwaliło w mojej głowie wizerunek marki dokładnie takiej, jaką widzę tutaj – pełną barw, ale i cudownie włoskiego temperamentu.
Temerario, za stery których wsiądę już za kilkadziesiąt minut, po kawie i odprawie bezpieczeństwa, wyglądają jak stado drapieżników. Nawet stojąc w miejscu sprawiają wrażenie napiętych. Zarys bryły tych samochodów można narysować jednym, płynnym ruchem, nakreślić je długim łukiem. Ten klinowaty kształt jest tak prosty, a jednocześnie tak jednoznacznie wyraża, z jakim samochodem mamy do czynienia.
Ta smukłość zamknięta jest z tyłu wręcz wulgarnym zestawem kształtów. Otwarte nadkola, odsłaniające piekielnie szerokie opony dla widza patrzącego z tyłu, ociekają erotyzmem. To nie jest zabawka dla grzecznych chłopców.
Odbywająca się na Hungaroringu Esperanza Corsa jest wydarzeniem, które przeznaczone jest przede wszystkim dla klientów marki z Sant’Agat Bolognese. Dlatego oprawa jest daleka od standardowej. Włoska mortadela jest tutaj krojona na limitowanej edycji (egzemplarz 022/100) krajalnicy Bergel, wartej ponad 100 tys. złotych, a w oczekiwaniu na odprawę przed jazdami muzyki słucham z astronomicznego audio McIntosh z głośnikami Sonus Faber Lilium.
Gdybym chciał podjąć jakieś decyzje zakupowe, na miejscu znajduje się rozbudowany ekspozytor lakierów, skór, kolorowych pasów bezpieczeństwa i innych dodatków wraz z fantazyjnie skomponowanym Temerario w kolorze Verde Scandal z pomarańczowymi zaciskami. Ten niezwykły koktajl niekoniecznie jest moją wymarzoną konfiguracją. Ta "właściwa" stoi 5 metrów dalej – kolor (jak zgaduję) Blu Eleos na srebrnej feldze. Zestaw tak nieskomplikowany, ale doskonale trafiający w mój gust.
Gdy sycę wzrok metalizowanym niebieskim lakierem na Temerario, przez drzwi garażu przetacza się huk maszyny atakującej prostą start-meta Hungaroringu. To zwiastun tego, co czeka mnie za moment. Przed nawrotem w prawo kierowca szarpie lewą łopatkę kilka razy, skrzynia redukuje do 2. biegu, silnik agresywnie podbija obroty przy redukcji.
Mimo woli przechodzi mnie dreszcz. Później na smartwatchu sprawdzę, że stres tego dnia osiągnął u mnie w tym momencie maksimum. Za chwilę wsiądę za stery tego blisko 1000-konnego monstrum i będę miał jedno zadanie: sprawdzić, co potrafi na torze.
Kominiarka, kask, wsiadam do środka. Na prawym siada instruktor, który pomoże mi ekspresowo poznać samochód i tor. Zaczynamy od rozgrzewki, żeby w ogóle poznać nitkę, którą znam wyłącznie z transmisji wyścigów. Wytaczamy się na tor w trybie Sport. Pozycja za kierownicą jest bezbłędna i w tym samochodzie nie ma prawa być inaczej. Kierownica świetnie leży w rękach i serwuje kierowcy cały zestaw możliwości konfiguracji ustawień napędu, w tym hybrydy.
Centralnie umieszczone V8 ma 800 KM. To 4-litrowe V8 biturbo, zbudowane od zera specjalnie dla tego modelu. Kręci się do niebotycznych 10 tys. obr./min. Razem z napędem elektrycznym, zasilanym z centralnie umieszczonym akumulatorem rozwija 920 KM. To już niebezpiecznie blisko flagowego Revuelto. Moc nie odbierze jednak argumentów zakupowych topowej maszynie, bo tam za plecami kierowcy ciągle gra V12.
Nie zmienia to faktu, że Temerario rozpędza się do setki w zaledwie 2,7 s. Wskazówka wskaże liczbę 200 po 7,1 s od startu. Vmax – 343 km/h. To wartości zarezerwowane kiedyś wyłącznie dla elitarnego klubu supersamochodów, którego członków dało się policzyć na palcach jednej ręki. Dlatego tak jak kiedyś Gallardo z przymrużeniem oka nazywane było "baby-lambo", tak w przypadku Temerario jest to po prostu nie na miejscu.
W końcu wskazuje palcem jedno z pokręteł na kierownicy i kiwa mi głową. Obracam je w tryb Corsa. Skrzynia redukuje, silnik zrywa się z łańcucha, ale jeszcze nie przypuszcza ataku. Czeka na komendę z mojej prawej stopy. Składam Temerario w prawy łuk po prostej start-meta i zwiększam tempo. Lamborghini z dzikim entuzjazmem rusza w asfaltową prostą. Hamowanie, trochę za wcześnie, ale jeszcze nie czuję tego samochodu, jeszcze trochę. Po pierwszej pętli instruktor podpowiada mi, gdzie można szybciej, gdzie popełniłem błędy w poszukiwaniu szczytu zakrętu i prawidłowej linii wyjścia. Lecimy jeszcze raz.
Trochę się ośmielam. Napęd na cztery koła sprawia, że Temerario z jednej strony potrafi więcej, ale też więcej wybacza. Więc próbuję szybciej. I szybciej. Przemykam przez start-metę dociągając do odcinki. To dość dziwne uczucie, bo na ucho oceniam, że pora szarpnąć za łopatkę dość wcześnie. Jednak o to nietrudno, kiedy obrotomierz ma do pokonania wspinaczkę do 10 tys. obr./min.
Mam tutaj mieszane uczucia. Ten silnik bardzo szybko udowadnia, że jest godnym źródłem mocy dla Lamborghini. Jest agresywnie skrojony, kopie, szarpie przy zmianach biegów, a w połączeniu z napędem elektrycznym reakcja na gaz jest jak strzał z bata. Brakuje mi jednak więcej iskry w brzmieniu tej jednostki. To fantastyczne V8, ale zastąpienie wolnossącego V10 jest zadaniem, któremu pod względem dźwiękowym trudno sprostać doładowanemu motorowi o mniejszej liczbie cylindrów i mniejszej pojemności, szczególnie w dobie ostrych norm hałasu i emisji spalin. To nie to V8 jest problematyczne, to V10 z Huracana było wybitne.
O tym, że inżynierowie Lamborghini wykonali kawał niesamowitej roboty powinien świadczyć fakt, jak uzależniający na torze jest ten samochód. On chce wysokich obrotów, chce krzesać z siebie tę zajadłość, której pokłady są w Temerario nieprzebrane. I siedząc za sterami tej maszyny, trudno jej odmówić.
Doskonale wyważone nadwozie cudownie idzie za ręką. Składa się w zakręty tak, jak tego chce kierowca, bezwysiłkowo. To domena aut z centralnie umieszczonym silnikiem. Niski moment bezwładności wynikający z dużej koncentracji masy wokół osi obrotu maszyny sprawia, że ten sportowiec jest bardzo skory do szybkiego przerzucania między kierunkami. Oznacza to jednak także bardzo wysokie tempo przebiegu wydarzeń, jeśli popełnicie błąd.
Im dalej przekręcacie pokrętła uwalniające zwierzęcy charakter napędu Temerario, tym łatwiej się zagalopować. Zbyt ochocze naddanie gazu w zakręcie kilka razy gwałtownie wywozi mi tył do zewnętrznej. Nie mam całkowicie wyłączonych elektronicznych nianiek, co w połączeniu z szybką kontrą ratuje sytuację, ale pod skórą czuję, że w dużej mierze sytuację naprostowała interwencja samochodu. I co ważne – była ona dość późna. Temerario pozwala toczyć ze sobą walkę, rzuca kierowcy wyzwanie, pozwala na wiele, ale nie karze surowo, jeśli się pomylimy.
Staram się wyłapać jak najwięcej w trakcie sesji na torze i to, co jeszcze rzuca mi się w oczy to naprawdę skuteczne hamulce. Temerario w skwarze panującym na Hungaroringu długo zapewnia wysoką skuteczność. Wymaga jednak wprawy. Hamulce pracują bardzo agresywnie i trzeba nauczyć się precyzji tego auta, żeby z wyczuciem odpuszczać hamowanie w miarę składania się w łuk.
W końcu zjeżdżamy do pitlane. Wysiadam z auta, które zionie gorącem zarówno z komory silnika, jak i z wydechu. Naklejka ostrzegawcza przy końcówce układu jest umieszczona nie bez powodu.
Pora na rundę drugą. Teraz trafiam do ostrzejszej wersji Temerario. O ile kiedyś np. na Superleggerę w przypadku Gallardo musieliśmy chwilę zaczekać od premiery podstawowej wersji, tak teraz już na dzień dobry Lamborghini oferuje klientom pakiet Alleggerita. Od zewnątrz poznacie go po karbonowych dodatkach, a wewnątrz po bardziej surowym wykończeniu, również odsłaniającym kompozyt węglowy. W teorii ten zestaw wraz z opcjonalnymi obręczami z włókna węglowego ścina 29 kg z masy Temerario. Co bardziej istotne, zwiększa docisk aerodynamiczny o 67 proc., co przy agresywnej jeździe na torze powinno być już dostrzegalne.
Wsiadam za stery Temerario Alleggerity. Samochód ten sprawia wrażenie bardziej agresywnego. Wynika to być może nie tylko z lepszych parametrów na papierze, ale także z mniejszego wygłuszenia. Odchudzenie przyniosło też lepsze wrażenia akustyczne.
Na koniec dnia, kiedy z kaskiem pod pachą wracam przez rozgrzany padok, wreszcie układam sobie w głowie odpowiedź na pytanie, z którym tu przyjechałem. Lamborghini nie porzuciło idei V10, tylko przełożyło jej temperament na inne narzędzia. V8 nie ma tej samej, dzikiej barwy, ale nadrabia furią pod czerwonym polem i tym, jak razem z elektryką wyciąga z kierowcy więcej, niż zakładał, wsiadając tu "tylko na parę okrążeń". Patrząc na nadwozie, nad którym powietrze faluje z gorąca, dochodzę do wniosku, że jeśli to jest przyszłość Lamborghini, to nie jest ona ani grzeczniejsza, ani spokojniejsza - tylko szybsza, gęstsza i bardziej bezwzględna wobec tych, którzy naprawdę chcą sprawdzić, gdzie kończą się ich własne możliwości.