"Wystarczy że jedna osoba zrobi coś złego". W środowisku motoryzacyjnym nie wszyscy są tacy sami

Źródło zdjęć: © Autokult
Filip Buliński

15.09.2023 16:44, aktual.: 17.09.2023 08:51

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Głośny wypadek sportowego renault w Krakowie. Bardzo podobne zdarzenie niedługo później pod Oświęcimiem. Zeszłoroczny wypadek porsche w centrum Warszawy. Pseudorajdowcy za nic mają przepisy ruchu drogowego, co często kończy się tragedią, jak w wymienionych przypadkach. Ale przecież nie każdy właściciel sportowego auta musi zaraz być drogowym bandytą. Są ludzie, którzy potrafią "bawić się" kulturalnie.

Jednych kręci moc. Innych przyspieszenie. Jeszcze kolejni uwielbiają wsłuchiwać się w dźwięk silników. Łączy ich jedno — miłość do motoryzacji. Problem jednak polega na tym, że w wielu przypadkach brakuje rozsądku. Przykładów nie trzeba szukać daleko – od głośnego wypadku Patryka P. w Krakowie zaczynając, a na śmiertelnym potrąceniu mężczyzny na Żoliborzu przez pomarańczowe BMW kończąc.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś innego. Przez takie sytuacje społeczeństwo utożsamia wszystkich właścicieli ponadprzeciętnych, sportowych aut z piratami drogowymi, nazywając ich rajdowcami/ścigantami. Niedawno jako redakcja przystąpiliśmy do akcji mającej na celu oddzielenie ich od osób, które faktycznie biorą udział w rajdach czy wyścigach w rozumieniu sportowym.

Sami sportowcy to jedno, ale nie należy stawiać także znaku równości między właścicielem auta sportowego czy zmodyfikowanego, a piratem drogowym, który swoją brawurą, prędzej czy później, doprowadzi do tragedii. W Polsce w ostatnich latach przybyło sporo grup motoryzacyjnych, które w kulturalny sposób potrafią dzielić się swoją pasją, znając granice rozsądku i dobrej zabawy.

– Myślę, że na przestrzeni ostatnich kilku lat społeczność motoryzacyjna się bardzo zmieniła. Przede wszystkim dojrzeliśmy. Poza tym, że są cały czas różnego rodzaju patologie, jest bardzo dużo pozytywów. Ta kultura przejawia w różnych obszarach — od świadomości motoryzacyjnej, przez spotkania, aż po społeczności, które wokół się tworzą. Takich społeczności, które reprezentują fajną kulturę i w ogóle kulturę, a nie brak, jest w Polsce coraz więcej – mówi w rozmowie z Autokult.pl Marcin Mroziewicz, założyciel grupy Royal Cars of Poland.

– Muszę wspomnieć o spotkaniach, które organizuje Sławomir Poros z Łodzi, czyli Śniadanie i Gablota. To jest społeczność, która w mojej ocenie reprezentuje najwyższy poziom kultury w Polsce, jeżeli chodzi o spotkania wokół motoryzacji, o dyskusję, o tematy, które się podejmuje. Rozwój widać też po społecznościach, które tworzę ja, gdzie ludzie potrafią podyskutować. Dyskusja w mediach społecznościowych przekłada się później na spotkania, gdzie ludzie potrafią zachowywać się normalnie. Punktem wyjścia są później wspólne wycieczki nie tylko w Polsce, ale też na przełęcze szwajcarskie czy do Austrii. Na tym drugim biegunie mamy niestety spotkania, które są toksyczne dla całej społeczności i tworzą zły wpływ – dodaje.

Dużą społeczność z określonymi regułami stworzył także Adam Stanek, założyciel Fundacji Youngtimer Warsaw i organizator spotów dla właścicieli klasycznych aut. Choć tego typu samochody wzbudzają częściej uśmiech niż negatywne emocje, to jak sam wyznaje, początki nie były łatwe.

– Sprawa może być dość przewrotna, bo swoje pierwsze kroki stawialiśmy podczas czwartkowych wieczorów na tzw. Cargo. Starsi mieszkańcy stolicy powinni dobrze kojarzyć, chociażby ze słyszenia, to miejsce. To była jedna z lokalizacji, gdzie wieczorami spotykali się młodzi amatorzy driftu, palenia gumy i wyścigów równoległych. Tam też pierwszy raz pojechałem po zakupie swojego youngtimera (wtedy był to FSO Polonez z 1987) w 2011 r. Nie brałem jednak udziału we wspomnianych wyżej procederach. Bardziej zależało mi na spotkaniu się z osobami, które również interesują się motoryzacją, zwłaszcza klasyczną – wyznaje Adam Stanek.

– Tak też się stało – dodaje. – Po kilku wizytach nie byłem już sam. Poznałem właścicieli Dużego Fiata, Malucha czy też Żuka, którzy wpadli na podobny pomysł co ja i przyjechali. Zaczęliśmy parkować swoje auta na bocznym parkingu, w miarę możliwości w odpowiedniej odległości od centralnego placu, gdzie główną atrakcją było piłowanie tico na ręcznym – mówi Adam Stanek.

Nie da się ukryć, że temat społeczności motoryzacyjnej zawsze wraca jak bumerang po głośnym wypadku. Owszem, należy zauważyć, że kierowca sportowego auta ma większe predyspozycje, by nierozsądnym zachowaniem doprowadzić do niebezpiecznej sytuacji, jednak wypadki z udziałem zwykłych aut, czasem nawet tragiczniejsze w skutkach, nie spotykają się z tak szerokim odbiorem.

– Trzeba zauważyć pewną zależność – wspomina Marcin Mroziewicz. – Tego samego rodzaju incydenty zrobione w skodzie octavii, a zrobione porsche, lamborghini czy ferrari, mają zupełnie inny odbiór. Mamy codziennie na polskich drogach setki zdarzeń, najczęściej w zwykłych samochodach. Jest to związane z brawurą, nieostrożnością, czasami to jest błąd. Ale medialnie te sytuacje nie odznaczają się aż tak. Natomiast w momencie, kiedy pojawia się drogie auto, a do tego jeszcze np. młody wiek, wtedy niesie się to mocniej i przekłada na niekorzyść środowisk – mówi.

– Myślę, że przez pryzmat jednego zdarzenia nie możemy oceniać całej społeczności. Niestety, wygląda to tak, że wystarczy, że jedna osoba zrobi coś złego i za chwilę wszyscy postrzegają to przez pryzmat tego zła. Jest to krzywdzące dla całej reszty. Kiedy widzisz kilka aut sportowych jadących razem w mniej lub bardziej rozproszonych grupach, to nie da się tego oddzielić – kontynuuje Marcin.

– Mieliśmy takie doświadczenia z Placu Trzech Krzyży, gdzie było to miejsce carspottingowe. Wszyscy tamtędy przejeżdżali. Wystarczyło, że pojawił się jeden, drugi, piąty samochód, który narobił, mówiąc kolokwialnie, trzody w tym miejscu i za chwilę nawet jak przyjechałeś zabytkowym ferrari na kawę, to policja zaraz sprawdzała takie osoby. Ma to absolutnie negatywne skutki dla normalnego funkcjonowania społeczności przez jednostki, które zrobią coś brawurowego, nieodpowiedzialnego – wspomina założyciel grupy RCOP.

Adam Stanek z Fundacji Yountimer Warsaw dodaje: – Bardzo często w latach 2012-2019 w okolicach miejsca naszego spotkania (błonia PGE Narodowego) działo się coś, z czym się nie zgadzaliśmy. To spora przestrzeń — długie, proste odcinki asfaltu, place w pobliżu żwirku. Na szczęście większość nieprzyjemnych sytuacji wywoływały osoby postronne, niezwiązane bezpośrednio z naszą grupą, często chcące jedynie zaimponować lub też zwrócić na siebie uwagę.

– Palenie gumy motocyklami, wyścigi na prostej, które raz skończyły się na metalowym ogrodzeniu, "przegazówki" czy przejazdy na "pełnej" w pobliżu spotkania, sportowymi autami z wypożyczalni lub z parku prasowego smutnie nam towarzyszyły. Niestety, z większością takich sytuacji nie mogliśmy sobie poradzić, o ile nie działy się one na tyle blisko, żebyśmy zdążyli zwrócić uwagę takiej osobie – komentuje Adam Stanek.

– Na szczęście w późniejszych latach zarządca PGE Narodowego postawił kilkanaście progów zwalniających, okolice również regularnie patrolowała ochrona, która bardzo szybko zgłaszała nieprzepisowe zachowania Policji. Od 2021 roku każde spotkanie Fundacji Youngtimer Warsaw jest również zgłaszane odpowiednim służbom, które patrolują okolice i w miarę potrzeby reagują – tłumaczy założyciel Fundacji Youngtimer Warsaw.

– Od zawsze upominamy uczestników naszych spotkań, że obowiązuje całkowity zakaz "przegazówek", szybkiego poruszania się po placu, palenia gumy czy nawet głośnego puszczania muzyki. Takie informacje znajdują się również w regulaminie imprezy, w wydarzeniu na Facebooku czy na potykaczach rozstawianych każdorazowo na żwirku. Na wszelkie przejawy łamania tych zasad reagujemy szybko i kulturalnie zwracamy uwagę. Z reguły spotykamy się ze zrozumieniem i szybką skruchą – dodaje.

Kluczem do zmiany postrzegania jest też pilnowanie siebie nawzajem podczas spotkań czy wypraw. Może się wydawać, że wstyd zwrócić uwagę, żeby nie wyjść na sztywniaka, ale to właśnie często od małych rzeczy rusza lawina niekorzystnych skojarzeń wobec społeczności motoryzacyjnych.

– Mieliśmy kilka sytuacji, gdzie musieliśmy kogoś wyprosić. Było to już dobre kilka lat temu, gdzie jeszcze nie do końca wszystkie reguły były jasno przekazane i można było tłumaczyć się niewiedzą. Jednak było tak już tak dawno, że nie do końca pamiętam, jaki był finał całej sprawy – mówi Adam Stanek.

Od zawsze zwracamy uwagę na komfort, bezpieczeństwo i dobrą atmosferę na Cyklicznych Spotkaniach, a uczestnicy to doceniają. Doskonale wiedzą, że środowy wieczór w wydaniu Fundacji Youngtimer Warsaw to miejsce, gdzie można bez obaw zabrać swoich rodziców, dzieci albo ukochaną osobę. Spotkania są ogrodzone, mamy wynajętą ochronę, podstawione sanitariaty, a od tego sezonu również Ratownika Medycznego, który czuwa nad bezpieczeństwem wszystkich tam zgromadzonych. Społeczność wokół fundacji również wie, czego oczekuje i w wielu przypadkach niestosowne zachowanie nie powoduje podziwu, a wręcz grymas niezadowolenia – dodaje Adam Stanek z Fundacji Youngtimer Warsaw.

– Oczywiście są grupy, w których gdy ktoś zaczyna przekraczać granicę zdrowego rozsądku, dostanie informację, że może sobie pojechać dalej sam. Ja byłem świadkiem takich sytuacji, gdzie jechaliśmy w dziewięć aut i ktoś zaczął nieodpowiedzialnie jeździć. Dostał szybkie upomnienie, że albo jedzie jak człowiek, albo może kontynuować wycieczkę samodzielnie. To jest krótka piłka – wspomina Marcin Mroziewicz.

Na skutek ostatnich wydarzeń, a także prężnej działalności pewnej grupy szczycącej się łamaniem przepisów i zyskującej poklask wśród młodych osób, wspomniana wcześniej niechęć mimo wszystko zdaje się wzrastać. Dochodzi wręcz do sytuacji, w których nie trzeba łamać przepisów, by wzbudzić niechęć wśród innych.

Wspomogę się przykładem mojego znajomego. Wówczas jeździł samochodem z silnikiem V6 oraz nieco głośniejszym wydechem. Wystarczyło, że nabierał prędkości (nie przekraczając ograniczenia), by idący obok mężczyzna z dzieckiem wyskoczył na ulicę i zaczął pukać się w głowę, chcąc ostudzić zapędy mojego znajomego, który… właściwie nic złego nie zrobił.

– Wiele razy byłem świadkiem różnych incydentów. Takim, który utkwił najbardziej w pamięci, miał miejsce na Marszałkowskiej z pięć lat temu. Robiliśmy akurat zdjęcia lamborghini huracana spydera. Staliśmy na czerwonym świetle, nikt nie gazował, nikt nic nie robił. Ktoś wyskoczył z tramwaju i wrzucił otwartego Red Bulla do wnętrza tego auta i uciekł do przejścia podziemnego. To pokazuje, że są ludzie, którzy mają problem tylko i wyłącznie z tego powodu, że ktoś takie auto posiada i może nim jeździć – mówi założyciel RCOP.

Pogląd o społeczności motoryzacyjnej można porównać praktycznie do każdej innej grupy społecznej – nie należy wszystkich wrzucać do jednego worka i oceniać po jednym złym doświadczeniu. Nie należy oczekiwać, że psujących reputację z dnia na dzień ubędzie. Nie rozwiąże tego też kwestia stawiania torów wyścigowych na każdym kroku. Zresztą to nie one są (a raczej ich zarzucany przez społeczeństwo brak) problemem. W wielu przypadkach sam fakt robienia czegoś nielegalnego jest elementem ekscytującym i napędzającym.

Jak widać w powyższych przypadkach, można korzystać ze swojej pasji, a także dzielić się nią w sposób kulturalny i przede wszystkim – bezpieczny. I miejmy nadzieję, że ku temu będzie to w dalszym ciągu dążyć.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (6)