Polonez ze znikomym przebiegiem na sprzedaż. Cena? Lepiej usiądź
Co jakiś czas na rynku pojawiają się relikty polskiej motoryzacji, które jakimś cudem uchowały się przed trudami jazdy w minionej epoce czy budową kapitalizmu. Zazwyczaj łączy je nie tylko salonowy stan, ale także oderwana od rzeczywistości cena. Tak jest w przypadku wystawionego Poloneza Caro z 1994 r. Tym niemniej, nie tylko cena sprawia, że jest on wyjątkowy.
150 tys. zł. Tyle obecnie musicie wydać, żeby kupić przeciętnie wyposażonego kompakta, SUV-a lub… Poloneza Caro z 1994 r. Tak, dobrze czytacie. Na taką kwotę wycenił go właściciel, którego auto znajduje się w Jeleniej Górze. Co istotne w tej historii, mamy do czynienia z praktycznie nowym egzemplarzem – od opuszczenia fabryki przejechał on bowiem tylko 347 mil (ok. 555 km). W ogłoszeniu można przeczytać, że chodzi o kilometry, jednak jeśli prześledzimy historię auta, trafimy na wypowiedź właściciela mówiącego o milach.
Pierwsza jazda: Volkswagen T-Roc drugiej generacji - lubimy to, co znamy
Wystarczy zresztą rzut oka na zegary, żeby zobaczyć, że prędkościomierz jest w milach, a więc i przebieg podawany jest w tej jednostce. Ale zaraz, Polonez i mile? Otóż tak. Samochód pochodzi bowiem z Malty. Tam nikt nie docenił jego uroków, co wykorzystał dwa lata temu pewien kolekcjoner z Dolnego Śląska i ściągnął go do kraju. Jak wiadomo, na Malcie obowiązuje ruch lewostronny, przez co samochód ma kierownicę po prawej stronie.
Jednocześnie, mimo że jest to egzemplarz z 1994 r., nie ma większości elementów, które wprowadzono przy okazji "liftingu" rok wcześniej. Wszystko przez to, że kierownictwo FSO nie widziało sensu w przystosowywaniu "angielskiej" wersji do nowych standardów, jako że eksport Poloneza i tak nie miał na celu podbicia rynków z ruchem lewostronnym. Mamy więc m.in. starą maskę z wlotem, stary układ deski rozdzielczej bez centralnych wlotów, czy stare, kwadratowe zegary.
Wbrew podawanym przez inne media informacji, że brakuje tu także rzekomo standardowego wówczas układu hamulcowego Lucasa, podzespół ten do połowy 1995 r. nawet w Polsce figurował na liście wyposażenia opcjonalnego (dopiero w II połowie ’95 był standardem), więc nie jest dziwne, że w wystawionym aucie go brakuje.
Fabrycznie samochód doposażono za to o elektrycznie sterowane szyby, sportowe fotele Inter Groclin oraz pełen pakiet Orciari w kolorze nadwozia. Pod maską z kolei pracuje 1,5-litrowy silnik benzynowy o mocy 86 KM i jak zapewnia sprzedający "wszystko w nim (aucie - przyp. red.) pracuje jak w dniu wyjechania z fabryki". Patrząc na zdjęcia, na których widać jeszcze fabryczną folię na podłodze i siedzeniach oraz nietknięte zębem czasu wnętrze czy podwozie, trudno nie wierzyć w te zapewnienia.
Wielu najpewniej popuka się w czoło, widząc, że ktoś oczekuje aż 150 tys. zł za Poloneza, a fakt, że jest fabrycznie nowy, nie jest wystarczającym argumentem. Ale dla rynku już może być istotny. Ten bowiem, jak wiadomo, rządzi się swoimi prawami. Produkt jest w końcu wart tyle, ile klient gotów jest za niego zapłacić, a w przypadku tego typu aut trudno określić uniwersalną wartość.
Nowy właściciel raczej nie kupi auta, by nim jeździć. Nie miałoby to najmniejszego sensu i zepsułoby całą otoczkę wokół tego konkretnego Poloneza. Tym, którzy uważają, że nikt tego za takie pieniądze nie kupi, zalecałbym odrobinę pokory.
Nie dalej jak dwa lata temu dom aukcyjny Ardor Auctions wystawił na sprzedaż innego Poloneza – tzw. Akwarium z 1989 r. Stan? Nowy z przebiegiem 33 km. Licytacja zaczynała się od skromnych 1000 zł, a zakończyła na… 120 tys. zł. Zaskoczeni? Nic tylko czekać, aż (prawie) nowy Caro znajdzie nowego właściciela. Choć może konieczna będzie drobna licytacja.