Mini zdecydowało się na zastosowanie dwulitrowego, doładowanego benzyniaka, który generuje aż 306 KM mocy oraz 450 Nm maksymalnego momentu obrotowego. To o 75 KM i 100 Nm więcej niż w dotychczasowych wydaniach. Oznacza to, że pod względem osiągów odmiany sprzed i po faceliftingu dzieli ogromna przepaść. Najlepszym dowodem są tu czasy sprintu do setki.
Odświeżony Clubman z najmocniejszym silnikiem w historii Mini przyspiesza 0-100 km/h w zaledwie 4.9 sekundy. Countryman potrzebuje natomiast o 0.2 sekundy więcej. W obu przypadkach prędkość maksymalna została elektronicznie ograniczona do 250 km/h. To naprawdę świetne rezultaty, dotychczas niedostępne dla użytkowników aut tej marki.
Za przeniesienie napędu na wszystkie koła odpowiada 8-stopniowa, szybka skrzynia dwusprzęgłowa oraz mechanizm różnicowy o ograniczonym uślizgu. Przy tak wysokim, maksymalnym momencie obrotowym napęd na cztery koła wydaje się wręcz niezbędnym elementem. Dobrze, że Mini zdecydowało się na takie rozwiązanie.
W parze z mocnym silnikiem idzie oczywiście odpowiednio zestrojone podwozie i wydajny układ hamulcowy. Przy okazji liftingu wersje JCW zyskały czterotłoczkowe zaciski na tylnej osi oraz tarcze o średnicy 330 mm. Jeśli zaś chodzi o zmiany stylistyczne, są one niemal identyczne co w cywilnej wersji. Mowa o przeprojektowanym oświetleniu, nowej atrapie chłodnicy czy zmienionym dyfuzorze.
Potężny silnik, który trafił pod maskę nowych Mini z pewnością przyczyni się do wzrostu zainteresowania tymi modelami. Przekraczając granicę 300 KM, firma weszła w zupełnie nowy obszar rynku, na którym będzie konkurować z nieosiągalnymi do tej pory graczami.