Lamborghini Huracán to rasowe sportowe auto o skomplikowanej konstrukcji, która z pewnością nie rokuje wyjątkowo długiej i bezproblemowej eksploatacji. Takie auta tworzy się po to, by były piekielnie szybkie, a nie imponująco trwałe. Zapewne nikt w Sant’Agata Bolognese projektując ten model, nie zakładał, że komuś przyjdzie do głowy robić nim ponad 60 tys. km rocznie, ale jak widać, poczciwe lambo poradziło sobie z tym zadaniem.
Egzemplarz, który widzicie na zdjęciach, ma za sobą 5 lat i 190 tys. mil (304 tys. km) służby w amerykańskiej wypożyczalni samochodów RoyaltyExoticCars. Oznacza to, że za kierownicą siedziała niezliczona liczba kierowców różniących się stylem jazdy i podejściem do szanowania cudzej własności. Mówiąc prościej - wypożyczalnia to istne piekło dla większości pojazdów. Mimo to Huracán dalej jeździ i szuka nowego właściciela.
Ten, kto zdecyduje się na zakup, musi dysponować nie tylko odpowiednią ilością pieniędzy - z aukcji wynika, że jest to 130 tys. dolarów, a więc ponad pół miliona złotych - ale też odwagą, gdyż problemy zdają się już czaić na horyzoncie.
Nawet jeśli auto było odpowiednio serwisowane - w co można wątpić, widząc świecącą się kontrolkę poduszki powietrznej na powyższej fotografii - dalsza eksploatacja nie będzie tania. Utrzymanie nowego Lamborghini kosztuje krocie, a co dopiero takiego, które ma za sobą 5 lat służby w wypożyczalni.
Z drugiej jednak strony jest coś kuszącego w posiadaniu nietypowego auta z przebiegiem ponad 300 tys. km. To bez wątpienia jeżdżąca ciekawostka i sposób na dotarcie do osób, które wciąż wierzą w 180-tysięczne przebiegi 15-letnich diesli z Niemiec.