To miał być koniec. Poczciwe Punto po 10 miesiącach wróciło z Kazachstanu do Polski
Swoim Fiatem Punto przemierzył nie tylko Europę, ale też sporą część Azji Południowo-Wschodniej, pokazując tym samym, że nie trzeba ani góry pieniędzy, ani specjalnie przygotowanego samochodu, by spełnić podróżnicze marzenia. Z ostatniej wyprawy wrócił jednak samolotem, zostawiając swojego towarzysza na czterech kołach u mechanika w Kazachstanie. Po 10 miesiącach historia doczekała się finału, którego nikt się nie spodziewał.
O historii Pawła Majewskiego pisaliśmy na łamach Autokultu już wielokrotnie. Pracownik naukowo-dydaktyczny na Uniwersytecie Jagiellońskim wybrał dosyć nietuzinkowy sposób na zwiedzanie świata. Wraz z córką rusza w miejsca, w które, wydawałoby się, dotrze tylko odpowiednio przygotowany samochód terenowy. Tymczasem mężczyzna na towarzysza swoich wypraw wybiera wysłużonego Fiata Punto z 2003 r., a relacje opisuje na swoim kanale na YouTubie o nazwie "Extremely Low Cost Travels".
Celem ostatniej wyprawy był nie tylko Tadżykistan i najwyższa przełęcz legendarnego Traktu Pamirskiego – Okbajtal, ale także chęć nagłośnienia dwóch zbiórek dla potrzebujących dzieci — Czesia Dudka z Krakowa oraz Stasia Domka z Gubina. Po osiągnięciu celu wyprawy w połowie ubiegłego roku Paweł ruszył w drogę do domu.
Wysłużony Fiat Punto już wcześniej ulegał mniejszym awariom, ale podróżnikom zawsze udawało się uporać z problemami. Tym razem nic nie zwiastowało kłopotów, a wysłużony hatchback dzielnie dawał sobie radę zarówno z trudami drogi, klimatem, jak i benzyną kiepskiej jakości. Niestety w Kazachstanie 500 km przed granicą z Rosją padła skrzynia biegów.
Po znalezieniu mechanika w pobliskiej wiosce, temu nie udało się uporać z awarią, a niedomagająca skrzynia rozsypała się na dobre.
"Zdecydowaliśmy się wrócić samolotem, z planem zakupu skrzyni biegów i powrotu z nią do Kazachstanu. Ustaliłem to z mechanikiem, który zapisał mi swój numer telefonu. Na opcję porzucenia auta w Kazachstanie nie mogłem sobie pozwolić ze względu na celny przymus wywozu auta poza EAEU w ciągu roku od wjazdu. W przeciwnym razie za pozostawienie auta nałożono by na mnie bardzo wysokie cło, wielokrotnie przewyższające wartość samochodu, oraz stały zakaz ponownego wjazdu na teren EAEU" – pisze w swojej relacji Paweł Majewski.
Mężczyzna nie zamierzał porzucać swojego auta i po powrocie do domu podjął próbę skontaktowania się z mechanikiem. Jak się okazało, numer, który podał mu Kazach, był… nieaktywny. Przez kolejne miesiące Paweł Majewski próbował go odnaleźć, publikując apele na forach podróżniczych i szukając osób, które akurat wybierały się w tamte rejony. Niestety bezskutecznie. W końcu zwrócił się po pomoc do kazachskich mediów.
Sprawą zainteresowała się dziennikarka agencji Kazinform – Ałtynaj Sagyndykowa – której udało się zdobyć aktualny numer mechanika. Polski podróżnik ma podejrzenia, że mechanik celowo wprowadził go w błąd, podając zły numer. Ostatecznie mężczyźnie udało się skontaktować z Kazachem, który powiedział, że naprawił skrzynię, a samochód jeździ o własnych siłach.
"Umówiliśmy się na odbiór auta w okresie świąt wielkanocnych. Dopytywałem się, czy rzeczy, które pozostawiłem w samochodzie, nadal tam są. Stwierdził, że zostały "rozkradzione" podczas jego nieobecności. Na szczęście dziennikarka Kazinform zorganizowała asystę policji. Uprzedziłem mechanika, że nie przyjadę sam i niewykluczone, że dzięki temu część rzeczy się odnalazła. Przy obecności policjanta mechanik był spokojny, jednak po odjeździe funkcjonariusza zaczął domagać się dodatkowych opłat za przechowywanie samochodu przez ponad 8 miesięcy. Na nic się zdawały argumenty, że sam zapisał mi zły numer telefonu i tylko przez niego nie odebrałem auta dużo wcześniej. Finalnie pokłóciliśmy się, dałem mu tylko obiecaną kwotę za naprawę skrzyni biegów, wsiadłem do auta i odjechałem".
Paweł odkrył później, że z samochodu skradziona została większość pozostawionego wyposażenia. Zniknęły nawet takie rzeczy jak zapasowe żarówki, stare gumowe dywaniki czy trójkąt ostrzegawczy. Najważniejsze jednak, że na swoim miejscu pozostał boks dachowy. Co więcej, okazało się, że mechanik podjął nawet próbę zatarcia elementów identyfikacyjnych auta, zrywając nalepkę rejestracyjną z przedniej szyby.
"Na szczęście po odebraniu samochód był jako tako sprawny. Skrzynia biegów wcale nie była dobrze zrobiona, ale auto jakoś jechało. Biegi zgrzytały, piątka co chwilę wyskakiwała, ale sytuacja była stabilna i dało się jechać dalej. Pomimo jednostkowej sytuacji z mechanikiem, moje doświadczenia z mieszkańcami Kazachstanu były w zdecydowanej większości bardzo pozytywne. Na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę" – pisze dalej Paweł Majewski.
Droga do Polski nie obyła się bez kolejnych, choć już znacznie mniejszych komplikacji. Po bezproblemowym wjeździe do Rosji padł akumulator. Nowa część nie pasowała rozmiarem i została zamontowana prowizorycznie, ale spełniała swoją funkcję. Kolejnym etapem podróży była Gruzja i przejazd przez Kaukaz, który o tej porze roku (wiosna) często pokryty jest jeszcze gęsto śniegiem, a występujące lawiny wyłączają z funkcjonowania położone w górach przejście graniczne. Na szczęście Paweł Majewski trafił na dni, kiedy drogi były przejezdne, choć warunki wciąż były mocno zimowe.
"Na samym przejściu granicznym, wyjeżdżając ze strefy EAEU, po raz pierwszy zażądano ode mnie pokazania numeru VIN samochodu wybitego na nadwoziu. Najwyraźniej prawie roczny postój auta w strefie EAEU był podejrzany. Przejazd przez Gruzję był bezproblemowy. Natomiast na granicy tureckiej pogranicznicy byli bardzo podejrzliwi. Też im nie pasowało, że auto w drogę powrotną wyruszyło po prawie roku. Musiałem zjechać do specjalnej hali na prześwietlenie samochodu rentgenem, po uprzednim opróżnieniu auta ze wszelkich bagaży".
Dalsza podróż przez Turcję przebiegła bez komplikacji. Do Unii Europejskiej Paweł Majewski wjechał przez Grecję, a następnie trasa wiodła przez Bułgarię i Rumunię. W tym ostatnim kraju spotkała go najbardziej niebezpieczna sytuacja - okazało się, że droga, którą jechał, pozbawiona jest pokryw od studzienek kanalizacyjnych. Na szczęście udało się uniknąć uszkodzeń, ale dalsza jazda wymagała wyjątkowej ostrożności.
Sam finał podróży także można uznać za zaskakujący. Kiedy Paweł Majewski wyruszał do Tadżykistanu, w Krakowie nie obowiązywała jeszcze Strefa Czystego Transportu. Po jej otwarciu z początkiem 2026 r. tak wiekowy samochód, jakim jest Fiat Punto, nie może już swobodnie wjechać do miasta bez uiszczenia opłaty.
"Wyprawa do Tadżykistanu miała być kolejną przygodą — jedną z wielu. Zamiast tego stała się historią, która na długo zostanie w naszej pamięci. Pokazała dwa skrajnie różne oblicza świata: z jednej strony bezinteresowną życzliwość ludzi spotykanych po drodze, otwarte drzwi w odległych dolinach i pomoc tam, gdzie najmniej się jej spodziewaliśmy. Z drugiej — jedna pechowa sytuacja i nie do końca godna zaufania osoba, która potrafi zatrzymać całą podróż na długie miesiące, próbując coś na tym zyskać. To była lekcja pokory wobec drogi i ludzi. Lekcja tego, że nawet najlepiej zaplanowana wyprawa może wymknąć się spod kontroli — ale też tego, że zawsze znajdą się osoby, które pomogą ją uratować".
"Ostatecznie ta historia nie jest o awarii samochodu ani o problemach w obcym kraju. Jest o tym, że dzięki ludzkiej życzliwości i chęci pomocy można rozwiązać nawet najbardziej skomplikowane sytuacje. Dzięki zaangażowaniu dziennikarki Ałtynaj Sagyndykowa to, co wydawało się końcem podróży, stało się jej kolejnym etapem prowadzącym nie tylko do powrotu samochodu do Polski, ale także do umocnienia wiary w to, że świat wciąż jest bardziej dobry niż zły" – podsumowuje swoją wyprawę Paweł Majewski. A my trzymamy kciuki za kolejne podróże pozbawione podobnych problemów.