Wygląda na to, że mamy do czynienia z europejsko-amerykańskim wyścigiem zbrojeń, którego celem jest budowanie coraz to szybszych aut. Na ogół jestem przeciwnikiem wojen, jednak w tej kibicuję obu stronom, bo efektem ich prac będą samochody, które bez wątpienia przejdą do historii.
Jak to się zaczęło? Bugatti Veyron weszło na rynek w 2005 roku i już od początku zostało okrzyknięte najszybszym samochodem na świecie. Prędkość maksymalną 1000-konnego potwora osiągnął James May w jednym z odcinków programu Top Gear, równiutkie 407 kilometrów na godzinę. Od razu nie spodobało się to fachowcom z Shelby Super Cars, Panowie się zmotywowali i rozpoczęli prace nad pogromcą Veyrona.
We wrześniu 2007 roku SSC Ultimate Aero Twin Turbo ustanowił nowy rekord Guinnessa osiągając prędkość 411.76-kilometra na godzinę. Inżynierowie Bugatti, pracujący pod skrzydłami koncernu VAG czekali trzy lata, żeby w na początku lipca, niespełna 3 tygodnie temu zmiażdżyć SSC, 1200-konną odmianą Veyrona 16.4 Super Sport, którą udało się rozpędzić do 431 kilometrów na godzinę.
Nie wiadomo czy Amerykanie byli na to gotowi, czy zareagowali "spontanicznie" i w ciągu 3 tygodni stworzyli SSC Ultimate Aero II, który ma pobić Veyrona. Premiera tego auta ma się odbyć już 8 sierpnia w Seattle.
Czy Bugatti powinno się bać?
Źródło: WCF