Pierwsza jazda: Kia XCeed po drugim liftingu – odmieniona, ale wciąż konserwatywna
Chociaż trudno nazwać XCeeda pełnoprawnym crossoverem, jest on dla Kii prawdziwą żyłą złota. Zamiast nowej generacji marka postanowiła jednak zafundować modelowi kolejny lifting. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że mamy do czynienia z zupełnie nową generacją. Na szczęście fundamenty auta nie uległy zmianie.
Kia XCeed od debiutu w 2019 r. zdążyła rozejść się w nakładzie blisko 280 tys. egzemplarzy. To świetny wynik, biorąc pod uwagę, że mimo mody na SUV-y i crossovery, ten model niekoniecznie jest pełnoprawnym członkiem tej grupy, a jedynie lekko uterenowionym kompaktem. Tym niemniej, jak widać, cieszy się dużym wzięciem.
Zaprojektowany i produkowany na Starym Kontynencie samochód dobrze trafił w gusta Europejczyków. Kia, zamiast inwestować w zupełnie nową generację, postanowiła zrobić lifting. Jeszcze jeden. Cel jest oczywisty – wzmocnić pozycję marki w segmencie C. Po wycofaniu Ceeda i zastąpieniu go modelem K4 dni platformy prawdopodobnie są policzone, dlatego niewykluczone, że marka chciała wycisnąć z cytryny, ile się da. W przeciwieństwie do pierwszej modernizacji, druga istotniej zmieniła samochód.
Gdyby nie fakt, że samochód korzysta z tej samej płyty i konstrukcji, można by pomyśleć, że mamy do czynienia z całkowicie nową odsłoną. Całkowicie przeprojektowany został zarówno pas przedni, jak i tylny, które dostosowano do nowego języka stylistycznego marki. Efektem zmian jest skrócenie nadwozia o 15 mm, co delikatnie poprawiło proporcje.
Linia boczna pozostała natomiast bez zmian, ale całość wygląda spójnie i prezentuje się świeżo. W pakiecie zmian nie zabrakło liftingowej klasyki w postaci nowych wzorów felg czy dodatkowych odcieni lakierów.
Metamorfoza nie ominęła także wnętrza. Idąc tropem upodobnienia nadwozia do najnowszej gamy modelowej, podobnie stało się z kokpitem. Tu zmiany dotknęły zarówno boczki drzwi, całą deskę rozdzielczą, jak i tunel środkowy. Jest też mniej twardego plastiku, projektanci nie przesadzili z ilością fortepianowej czerni (której niemalże nie ma wcale), a sam projekt prezentuje się znacznie nowocześniej.
Na szczęście XCeed pozostał stosunkowo konserwatywny w odbiorze – do dyspozycji dalej mamy sporo przycisków i pokręteł odpowiadających za podstawowe funkcje, a główny panel można przełączać między klimatyzacją a sterowaniem mediami.
Dzielone ekrany cyfrowych zegarów i multimediów zastąpił z kolei panel integrujący oba wyświetlacze. Jednocześnie model zyskał lepszy i wydajniejszy procesor oraz dodatkowe funkcje cyfrowe (m.in. diagnostyka w czasie rzeczywistym, zdalny dostęp, kluczyk cyfrowy), dzięki czemu Kia nie zostaje w tyle w kwestii możliwości i usług.
Mimo wyraźnego kroku w kierunku cyfryzacji Kia XCeed zachowała analogowy charakter. Kabina dalej jest przestronna i dobrze wykończona, do spasowania trudno mieć zastrzeżenia, a ergonomia obsługi oraz rozmieszczenie schowków i półek są przemyślane i wygodne.
Dodatkowo nieznacznie poprawiono komfort resorowania oraz ulepszono wyciszenie kabiny, co miałem okazję sprawdzić podczas pierwszych jazd na niemieckich autostradach bez limitu prędkości. Z kolei bagażnik zachował dotychczasową uczciwą pojemność 426 l.
Pod maską bez rewolucji
Znacznie spokojniejsza sytuacja jest w gamie jednostek napędowych. Tu obyło się bez rewolucji – benzynowe 1.6 T-GDI dalej występuje w dwóch wariantach mocy: 150 lub 180 KM. Obie parowane są z 7-biegową dwusprzęgłówką DCT. Bazę stanowi natomiast 3-cylindrowe 1.0 T-GDI, które generuje teraz 115 KM i współpracuje z 6-biegową skrzynią manualną.
Podczas pierwszych jazd miałem okazję jeździć najmocniejszą odmianą i jedyny zgrzyt powodowała automatyczna skrzynia. Chociaż mamy do czynienia z dwusprzęgłówką, charakterystyka pracy przekładni przypomina stare rozleniwione "automaty". Najprawdopodobniej jest to spowodowane oprogramowaniem dostosowanym do cyklu emisyjnego, ale wielu producentów, którzy w przeszłości także się z tym "borykali", poradzili sobie z problemem.
Tymczasem Kia XCeed, mimo 180 KM, które w teorii pozwalają osiągnąć "setkę" w 8,5 s, sprawia wrażenie ospałej i niechętnej do dynamicznego przyspieszania. Także redukcje trzeba nieco dosadniej zaznaczać ruchem stopy. Na szczęście nie idzie za tym wysokie zużycie paliwa.
Na pętli obejmującej zarówno autostrady bez limitu prędkości, jak i drogi krajowe i nieco miasta komputer pokładowy wskazał średnie spalanie na poziomie 6,5 l/100 km. Z kolei przy 90 km/h prawie udało mi się zejść poniżej 4 l/100 km. To bardzo przyzwoity wynik jak na podniesionego kompakta.
Potencjalnym klientom nie spodoba się fakt, że odświeżony XCeed nieco podrożał, ale w zamian Kia wzbogaciła standardowe wyposażenie m.in. o przednie czujniki parkowania. Dodatkowo na start przygotowano rabat, dzięki czemu podstawowy model z silnikiem 1.0 T-GDI kosztuje niespełna 100 tys. zł zamiast wyjściowych 105 tys. zł.
Za 150-konną odmianę w wersji M zapłacimy 114,5 tys. zł (rabat 5 tys. zł). Topowy wariant silnikowy startuje z kolei od 130,5 tys. zł (rabat 5 tys. zł), ponieważ dostępny jest dopiero od wyższego wariantu wyposażenia L, który także został wzbogacony m.in. o system monitorowania martwego pola (BCA) z ostrzeganiem przy wysiadaniu (SEW), indukcyjną ładowarkę czy asystenta jazdy po autostradzie.
Z pozoru Kia XCeed zmieniła się nie do poznania. Mimo wielu modyfikacji to wciąż stosunkowo konserwatywny, wygodny i przemyślany ergonomicznie samochód, który powinien wciąż cieszyć się dotychczasową popularnością pod warunkiem, że klientom przypadnie do gustu nowy, stosunkowo ekscentryczny język stylistyczny.