Wolfgang Hatz zainicjował projekt oprogramowania, które rozpoznawało cykl pomiaru emisji spalin na hamowni i dostosowywało pracę układu oczyszczania spalin. W ten sposób silniki spełniały normy emisji tlenków azotu podczas homologacyjnego pomiaru, ale już nie w rzeczywistym ruchu na drodze. Dzięki temu producent nie musiał montować większych zbiorników AdBlue do oczyszczania spalin.
W zeznaniu odczytanym przez swojego obrońcę Hatz wyjaśnił przed sądem w Monachium, że "dostrzegł możliwość i zaakceptował zainstalowanie urządzeń oszukujących, które były niedozwolone w Niemczech i USA". Podkreślił, że bardzo żałuje tej decyzji i zachował się niezgodnie ze spoczywającą na nim odpowiedzialnością. "To przełom" – powiedział sędzia prowadzący proces przeciwko byłym inżynierom i menedżerom grupy VW, odpowiedzialnym za aferę Dieselgate.
Sąd proponował Hatzowi karę pozbawienia wolności od 18 do 24 miesięcy (w zawieszeniu) i zapłatę 400 tys. euro pod warunkiem, że złoży wyczerpujące zeznania. Prokuratura żądała jednak kary więzienia bez możliwości wcześniejszego zwolnienia, ponieważ Hatz piastował wysokie stanowiska i wyrządził znaczące szkody. Mimo przyznania się do winy Hatz nie wie tak naprawdę, jaką karę ostatecznie wymierzy mu sąd.
Głównym oskarżonym w procesie jest były CEO Audi, Rupert Stadler, który jeszcze negocjuje z sądem warunki kary w przypadku przyznania się do winy. W jego przypadku w grę wchodzi kara w wysokości nawet kilku milionów euro i paru lat pozbawienia wolności. Stadler miał wiedzieć o sprzedaży zmanipulowanych silników najpóźniej od lipca 2016 roku.
Rupert Stadler i Wolfgang Hatz już spędzili w areszcie kilka miesięcy. Stadler argumentował, że został wprowadzony w błąd przez swoich pracowników. Hatz natomiast przez długi czas bronił się tym, że manipulacje zaczęły się, gdy już odszedł ze swojego stanowiska w Audi. Proces ostatnio nabrał rozpędu po tym, gdy jeden z oskarżonych konstruktorów silników, występujący jako świadek koronny, złożył obszerne wyjaśnienia.