Być może, będąc we Włoszech, spotkaliście się z samochodami i skuterami na polskich numerach rejestracyjnych. Owszem, ten śródziemnomorski kraj jest popularny wśród turystów znad Wisły, ale nie wszystkie z tych samochodów czy jednośladów należały do naszych rodaków odwiedzających ojczyznę Petrarki i Berniniego. Był to efekt popularnego we Włoszech przekrętu, w którym uczestniczyły też osoby z Polski.
Kilka lat temu głośna stała się kwestia podejrzanie dużej liczby polskich tablic rejestracyjnych na samochodach i jednośladach jeżdżących we Włoszech. Szczególnie na południu tego kraju. Szybko okazało się, że zjawisko to jest efektem włoskiego sposobu na obniżanie kosztów polis OC i AC. Te, jak łatwo się domyślić, są znacznie tańsze w Polsce niż we Włoszech, gdzie obcierki są na porządku dziennym. Jak jednak sprawić, by Włoch mógł jeździć na co dzień autem zarejestrowanym w Polsce?
Szybko pojawili się pośrednicy, którzy organizowali zarejestrowanie pojazdów należących do Włochów na osoby czy podmioty w Polsce. Potem wystarczyło sporządzić umowę użyczenia, którą rzeczywisty posiadacz auta we Włoszech mógł wylegitymować się w razie kontroli drogowej. W ten sposób omijano wymogi włoskiego prawa. Polskie trzeba było jednak łamać, bo przecież rejestracja w Polsce była fikcyjna.
Aresztowani przez polską policję trzej diagności byli trybikami w tym procederze. Jak informują mundurowi, mężczyźni poświadczali nieprawdę w dokumentach potwierdzających badania techniczne ok. 1500 pojazdów, które nigdy nie pojawiły się w Polsce, a cóż dopiero na stacjach, w których pracowali zatrzymani. Zdaniem policji, pojazdy na stałe użytkowane były we Włoszech.
Diagności usłyszeli zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Sprawa jest rozwojowa, ponieważ w proceder zamieszani byli również urzędnicy, którzy w zamian za łapówki rejestrowali pojazdy w polskich starostwach.