Pierwsza jazda: Subaru E-Outback – nisza w niszy
Subaru doskonale zdaje sobie sprawę, że elektryczny Outback to w Europie nisza w niszy. Postawiło więc na prosty przepis: auto ma mieć takie same cechy jak "zwykły", spalinowy model.
Co to oznacza? Dla klienta Subaru istotny jest napęd na cztery koła (obecny), duży prześwit (jest, 211 mm) oraz przestrzeń bagażowa (633 litry, jeden z największych wyników w klasie). Efektem ubocznym napędu elektrycznego jest fakt, że E-Outback to najszybsze drogowe Subaru w historii – do setki przyspiesza w 4,5 s. Nie musi, gdyż nie jest to żadne WRX czy inne STI.
Outback ma ogniwo o pojemności 74,7 kWh, które zapewnia 526 km według normy WLTP (czyli raczej w mieście niż na trasie). Maksymalna moc ładowania to 150 kW, choć niektórzy użytkownicy już zapewniają, że udało im się "dobić" nawet do 174 kW. Niby jest to poziom Volkswagena ID.7, ale z drugiej strony gdy jeździłem nowym Outbackiem, BMW tego samego dnia pokazało i3 z instalacją 800V i zasięgiem 900 km obliczonym w ramach tej samej normy. Ładowanie do 80 proc. w japońskim kombi ma zająć 28 minut.
Gdy spojrzymy na wymiary samochodu okaże się, że tak naprawdę jest to Solterra w wersji kombi. Tyle tylko, że z racji większej mocy (375 KM łącznie), E-Outback ma twardsze stabilizatory. Co więcej, względem swojego toyotowskiego bliźniaka (bo auto jest efektem współpracy Japończyków), zmieniono kilka elementów. A to mamy więcej haczyków w bagażniku, jeden tryb jazdy więcej, więcej stopni rekuperacji czy np. inne ustawienia zawieszenia.
Subaru wsłuchało się w życzenia klientów, więc E-Outback potrafi uciągnąć przyczepę o masie 1500 kg. Relingi utrzymają obciążenie 80 kg podczas jazdy i nawet 317 kg podczas postoju, więc można bez problemu zamontować namiot dachowy.
Oczywiście – dzięki baterii umieszczonej w podłodze środek ciężkości auta znajduje się jeszcze niżej. Wrażenie robi jednak dzielność terenowa E-Outbacka. Na drogowych oponach przebijał się przez piaskowe muldy, a to po części zasługa trybu terenowego X-mode. Wystarczy ustawić prędkość, z jaką chcemy się poruszać, a auto dosłownie robi resztę za nas – niezależnie, czy wjeżdżamy na górkę, czy z niej zjeżdżamy. Innymi słowy to terenowy tempomat. Wystarczy obrać kierunek jazdy.
W trasie szybko usłyszymy japońskie podejście do wygłuszania auta (nie jest za ciekawie przy 120 km/h). Samo wykonanie wnętrza może robić wrażenie, choć jego design, nie za bardzo. To raczej prosty projekt oparty na dwóch (!) bezprzewodowych ładowarkach, 14-calowym ekranie multimediów (z pokrętłami od temperatury) czy kierownicy o charakterystycznym kształcie, gdzie cały wieniec jest podgrzewany. Do tego aspektu Subaru podchodzi specyficznie. Gdy konkurencja oferuje grzanie wyłącznie siedzisk tylnej kanapy, Japończycy podgrzewają też oparcie.
E-Outback produkowany jest w fabryce w Yajima. Subaru planuje, że elektryki będą stanowić połowę sprzedaży po 2030 roku. Do końca 2026 roku marka chce przedstawić łącznie 4 nowe, elektryczne SUV-y. Japończycy mają również wizję zero ofiar śmiertelnych wypadków swoich samochodów po 2030 roku – pobodnie jak Szwedzi w Volvo.
Ceny nowego, elektrycznego E-Outbacka nie zostały jeszcze ujawnione.