Kwota 477,7 mln dolarów, stanowiąca równowartość 2 mld złotych zdecydowanie robi wrażenie. Właśnie tyle pieniędzy BMW musi przeznaczyć na odszkodowania dla 318 tysięcy właścicieli wadliwych aut, wyprodukowanych w latach 2004-2010. Problem dotyczy Serii 5 E60, stanowiącej dość popularny model za Oceanem.
Jak się okazuje, wiele BMW sprzedanych na rynku amerykańskim, ma problem z podwyższoną wilgotnością w komorze bagażnika. Niezależni rzeczoznawcy powołani przez niezadowolonych klientów wykazali, że niewłaściwa konstrukcja odpływów dachowych może powodować przeciekanie wody do kufra. Wada uwidacznia się szczególnie w autach wyposażonych w szyberdach.
BMW serii 5 jest dość nowoczesnym autem, wyposażonym we wrażliwą elektronikę. Wiele elementów sterujących znajduje się właśnie w komorze bagażnika. Ich zalanie powodowało liczne problemy eksploatacyjne i poważne awarie. Choć klienci zgłaszali problemy jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku, początkowo byli odsyłani z kwitkiem.
Po latach procesów i prawnych przepychanek, sprawa zakończyła się ugodą z warunkami niekorzystnymi dla BMW. W jej ramach sąd nakazał koncernowi wypłatę odszkodowań. Każdy z właścicieli otrzyma maksymalnie 1500 dolarów (około 6000 zł). Kwota ta ma zrekompensować wydatki poniesione na naprawy awarii spowodowanych wadą. Oprócz tego wszyscy poszkodowani, posiadający egzemplarz z 2007 roku lub młodszy, mogą liczyć na przegląd oraz usunięcie problemu.
Właściciele twierdzą, że problem był znany już na początku produkcji, w 2004 roku. Mimo to BMW bagatelizowało go przez ponad dekadę. Nawet dziś, mimo wyroku sądu, przedstawiciele marki w USA niechętnie przyznają, że taka sytuacja miała miejsce. Oprócz wspomnianych odszkodowań, bawarski koncern pokryje także koszty sądowe w wysokości 1,8 mln dolarów (około 7,5 mln złotych).
Opisywana sytuacja jest dość typowym przykładem zamiatania problemu pod dywan. To częsta strategia stosowana przez wielu producentów samochodów. Szkoda, że nawet w przypadku, gdy usunięcie problemu nie wymaga ogromnych środków, producent woli narazić swoją reputację na szwank, niż wysłuchać klientów. Gdyby w 2004 roku, koncern potraktował poważnie pierwsze zgłoszenia, skończyłoby się na cichej akcji serwisowej. Z pewnością byłaby to tańsza, wygodniejsza i bardziej uczciwa opcja.