Ograniczenie prędkości obowiązuje również za progiem zwalniającym. Ministerstwo wyjaśniło sytuację

Progi zwalniające poprawiają bezpieczeństwo pieszych. Ma to jednak swoją cenę. Hamowanie i przyspieszanie wzmaga smog
Progi zwalniające poprawiają bezpieczeństwo pieszych. Ma to jednak swoją cenę. Hamowanie i przyspieszanie wzmaga smog
Źródło zdjęć: © Tomasz Budzik
Tomasz Budzik

29.01.2019 11:36, aktual.: 28.03.2023 12:00

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

W terenie zabudowanym można na trzy miesiące stracić prawo jazdy już po przekroczeniu 70 km/h - wynika z pisma Ministerstwa Infrastruktury. Tak resort odniósł się w odpowiedzi do interpelacji ws. ograniczeń prędkości przed progami zwalniającymi.

Chronią i zaskakują

Progi zwalniające mają skłonić kierowców do wolniejszej, ostrożnej jazdy i respektowania praw niechronionych uczestników ruchu. Progi montowane są zwykle przed przejściami dla pieszych nie bez powodu. Powszechną praktyką jest zwalnianie przed przeszkodą i natychmiastowe przyspieszanie do poprzedniej prędkości tuż za nią. Takie zachowanie kierowców wiąże się z tym, że część zmotoryzowanych uważa, że znak ograniczenia prędkości - zazwyczaj do 20 km/h - stawia się przed śpiącymi policjantami po to, by nieuważni kierowcy nie uszkodzili zawieszenia. Nic bardziej mylnego.

W odpowiedzi na interpelację posła PO Józefa Lassoty podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury pisze: "(...) znak pionowy B-33 »ograniczenie prędkości« oznacza zakaz przekraczania prędkości określonej na znaku liczbą kilometrów na godzinę. (…) w przypadku, gdy zakaz wyrażony przez znak B-33 nie jest uprzednio odwołany znakiem oznaczającym koniec zakazu, to obowiązuje on do najbliższego skrzyżowania".

"Umieszczenie w organizacji ruchu na jednej konstrukcji wsporczej znaku B-33 łącznie ze znakiem A-11a »próg zwalniający« i tabliczką T-1 »tabliczka wskazująca odległość znaku od miejsca niebezpiecznego«, nie zmienia przywołanego wyżej znaczenia i zakresu obowiązywania znaku pionowego B-33 (...)" - czytamy w dalszej części odpowiedzi ministerstwa.

W praktyce w wielu miejscach w kraju są więc fragmenty dróg objętych restrykcyjnym ograniczeniem prędkości, z którego nie zdaje sobie sprawy część kierowców. W takich miejscach policja na trzy miesiące zatrzyma prawo jazdy kierowcy, który rozwinie prędkość wyższą niż 70 km/h.

Źródło wątpliwości

Wyrażona w interpelacji wątpliwość posła Józefa Lassoty co do oznakowania progów zwalniających miała swoje źródło w kontrowersyjnym przypadku z ul. Śląskiej w Kielcach. Podczas egzaminu kandydat na kierowcę zwolnił tam do zalecanej przez znak prędkości 20 km/h i pokonał śpiącego policjanta. Za przeszkodą jednak przyspieszył do 30 km/h - taki znak znajduje się przy wjeździe na ulicę. Egzaminator uznał to za błąd i kandydat na kierowcę nie uzyskał prawa jazdy. Mężczyzna zanegował wynik egzaminu i Samorządowe Kolegium Odwoławcze przyznało mu rację.

Odwołał się również egzaminator, który wystawił negatywną notę. Jemu z kolei rację przyznał Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach. W uzasadnieniu WSA uznano, że progi są montowane w celu spowolnienia zmotoryzowanych. Nie można więc przyjmować, że organizator ruchu chciał, aby kierowcy zwalniali przed każdym kolejnym progiem i przyspieszali za nim. Ograniczenie powinno więc zdaniem WSA obowiązywać aż do odwołania lub ustanowienia nowego ograniczenia.

Skoro urzędnicy i sądy mają problemy z interpretacją ograniczenia prędkości za progami zwalniającymi, to nie ma się co dziwić, że znacznie większe trudności mają z tym zwykli kierowcy. Teraz sytuacja się wyjaśniła.

Źródło artykułu:WP Autokult
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (26)