Ford postanowił wzbogacić całkiem obszerną już ofertę modelową swojego najmniejszego pick-upa o kolejną wersję. Ford Ranger Thunder zmierza w kierunku sportowego wizerunku, choć w pełni waleczny duch wciąż zarezerwowany jest dla Raptora, którego miał okazję testować Marcin Łobodziński.
Co więc go wyróżnia? Bazą dla Thundera jest bogato wyposażony Wildtrak, w którym możemy znaleźć m.in. elektroniczną blokadę tylnego mechanizmu różnicowego czy stalowe osłony silnika i skrzyni rozdzielczej. Oprócz tego limitowany model będzie występował w lakierze Sea Grey, który połączono z czarnym wykończeniem grilla, ramy skrzyni ładunkowej przedniej i tylnej osłony pod zderzakiem oraz tylnego zderzaka.
Pierwsze dwa elementy zostały dodatkowo uzupełnione o kontrastujące, czerwone akcenty. Czerń znajdziemy również na ramkach świateł przeciwmgielnych czy klamkach drzwi. Całość została uzupełniona 18-calowymi, czarnymi felgami oraz wypukłymi, czerwonymi emblematami z nazwą wersji. Znajdziemy tu także standardowo LED-owe reflektory z przyciemnianymi ramkami, matą i malowaną proszkowo roletą skrzyni ładunkowej.
W środku - podobnie jak na nadwoziu - dominuje czerń, którą Ford także uzupełnił o krwistoczerwone elementy. W skład podstawowego wyposażenia wchodzą m.in. skórzane fotele, kontrastujące przeszycia na oparciu, kierownicy i desce rozdzielczej, a także podświetlane na czerwono progi.
Nowości nie doświadczymy za to w kwestii napędu. Pod maską znajdzie się dobrze znany nie tylko z Raptora, ale też z niższych wersji silnik Diesla 2.0 Bi-turbo EcoBlue generujący 213 KM i 500 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Jednostka ma być łączona z 10-stopniową automatyczną skrzynią biegów oraz napędem na 4 koła.
Ford Ranger Thunder najprawdopodobniej uplasuje się cenowo między wersją Wildtrak z tym samym zespołem napędowym (154 360 zł) a topowym Raptorem (200 850 zł). Do Europy ma trafić tylko 4500 egzemplarzy limitowanego modelu, a pierwsze sztuki dotrą do klientów już pod koniec lata 2020 roku.