Test: Hongqi H9 - tradycja i luksus po chińsku
Z powodu historii i pochodzenia marki, ale też wyglądu, Hongqi H9 od kilku lat było tym chińskim samochodem, którego byłem najbardziej ciekawy. Po reakcjach ludzi na polskich ulicach wiem, że zwraca na siebie uwagę. Co więcej - model ten niedługo będzie sprzedawany w Rosji jako Senat 900. Ot chichot losu i historia godna uwagi w jednym.
Hongqi może mówić o sobie jako o najstarszej chińskiej marce samochodów. Powstała pod koniec lat 50. po to, aby stworzyć rządowe limuzyny dla komunistycznych władz, a pomysłodawcą projektu miał być sam Mao Zedong. W ten sposób Chiny chciały pokazać swoje znaczenie i zastąpić radzieckie limuzyny własnymi autami. W praktyce stylistyka była bliźniacza do tworzonego w ZSRR modelu ZiŁ-111, a pod nadwoziem kryła się technika Chryslera Imperiala. Kolejne modele spod znaku Czerwonego Sztandaru (czy też Czerwonej Flagi, bo to oznacza Hongqi) woziły najważniejszych partyjnych dygnitarzy, ale przy tym praktycznie cały czas bazowały na kapitalistycznych autach - początkowo amerykańskich, a następnie na Audi.
Sytuacja zmieniła się wraz z boomem chińskiej motoryzacji. Teraz Hongqi ma ogromną i zróżnicowaną ofertę, będąc cały czas symbolem państwowego przemysłu motoryzacyjnego z Państwa Środka. Na szczycie gamy stoi niejako oddzielna marka sygnowana złotym słonecznikiem, zawierająca obecnie trzy modele w tym flagowego Guoli.
Jednak jest też coś dla ludu. Cała reszta oferty Hongqi to modele znacznie bardziej przystępne cenowo. Podstawowe można nawet nazwać budżetowymi. Najtańszy model w polskiej ofercie marki to SUV HS3, którego cena to 139 900 zł. Niestety za taką kwotą idzie przeciętna jakość, którą trudno nazwać mianem "premium". To poniekąd pokazuje szerszą kwestię dotyczącą chińskiej motoryzacji - w Państwie Środka nie kreuje się marek tak jak w Europie i często wiele z tamtejszych firm chce oferować wszystko - od tanich modeli po te luksusowe. I tak jest tutaj - Hongqi ma w ofercie model w cenie topowych aut Dacii, a zarazem samochód, który ceną przebija Rolls-Royce’a.
Limuzyna dla każdego
Tak jak jestem zafascynowany linią Złotego Słonecznika, tak wiem, że szansa, abym zasiadł za kierownicą któregokolwiek z tych modeli jest praktycznie zerowa. Natomiast od lat tym chińskim samochodem, który najbardziej chciałem przetestować, było Hongqi H9. Topowa limuzyna z tych "zwykłych" modeli. Parę razy widziałem ją na ulicach Pekinu i wizualnie robi bardzo dobre wrażenie.
Długi sedan o monumentalnym przodzie i ponadczasowej linii. Dzięki czerwonemu pasowi na masce (który się rozświetla podczas otwierania i zamykania auta) H9 zwraca na siebie uwagę. Zresztą wielokrotnie zauważałem to podczas testu. Przechodnie z zainteresowaniem przyglądali się limuzynie Hongqi. Krótko mówiąc - jest elegancko, ze smakiem, trochę egzotycznie. Ciekawostką jest to, że brak europejskiej homologacji oznacza, że H9 pozwala przełączać pomiędzy różnymi grafikami tylnych świateł. Bez wątpienia prezencja to jedna z najmocniejszych stron H9.
Drugą można odkryć po zajęciu miejsca w środku, ale przede wszystkim w drugim rzędzie. Choć w Chinach Hongqi H9 dostępne jest też w wersji przedłużonej (a jakże), to już standardowo sprawia wrażenie "longa". Tylne drzwi są długie, a ilość miejsca dla pasażerów tylnej kanapy nie pozostawia wiele do życzenia. Z drugiej strony nie powinno to dziwić, gdyż H9 mierzy 5137 mm długości przy rozstawie osi równym 3060 mm. To minimalnie więcej niż oferuje aktualny Mercedes Klasy S. Przy szerokości 1904 mm i wysokości 1493 mm limuzyna Hongqi jest naprawdę sporym autem i to czuć w środku.
Do tego, po obniżeniu podłokietnika, pasażerowie kanapy mają pod ręką ekran dotykowy pozwalający na sterowanie sporą liczbą funkcji. Przede wszystkim tych dotyczących siedzeń - są one ogrzewane i klimatyzowane, a także mają pełnoprawny masaż pleców. Do tego wszystko jest sterowane elektrycznie - nie tylko podparcie pod uda, ale nawet zagłówek (a tego nie mają nawet przednie fotele). W końcu zasiadający z tyłu prezes może sterować szyberdachem (i jego roletą), systemem audio czy zmienić kolor oświetlenia ambientowego. To pokazuje azjatyckie podejście, gdzie nadal jazda z szoferem jest popularna i to nie tylko w najdroższych limuzynach.
Z przodu dostępnych jest większość tych samych udogodnień, a komfortowe fotele oznaczają, że nawet dłuższa trasa nie będzie męcząca. Do tego dochodzi to, w czym chińskie auta premium są zaskakująco mocne - dobre wyciszenie kabiny. Podróż odbywa się w ciszy i podczas autostradowej jazdy nie czuć prędkości. No chyba że mowa o silniku. Tutaj jakby zabrakło trochę wygłuszenia i po wkręceniu na obroty wyraźnie słychać pracę czterocylindrowej jednostki.
Premium z brakami
No właśnie. Gdy rozmawiałem z polskim przedstawicielem Hongqi, przyznał mi, że piętą achillesową H9 jest fakt, że za jej napęd odpowiada 2-litrowy silnik o czterech cylindrach. Co ciekawe, w ofercie tego modelu na innych światowych rynkach jest opcja V6, ale nie w Europie. A w samochodach tej wielkości klienci mogą oczekiwać większej liczby cylindrów.
Muszę przyznać, że mi to nie przeszkadzało. Jasne, Hongqi H9 nie jest demonem prędkości, ale 245 KM i 380 Nm są wystarczające do sprawnej jazdy. W końcu mowa o statecznej limuzynie, a nie sportowym superaucie.
Problemy są zupełnie innej natury. Po prostu czuć, że pod wieloma względami chińskie auto inżynieryjnie odstaje od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Choć jest to miękka hybryda, to system start-stop działa wolniej niż w pierwszych takich rozwiązaniach sprzed lat. Jestem w stanie się założyć, że czas mijający od puszczenia hamulca i wciśnięcia gazu do ruszenia spod świateł wystarczyłby mi na przekręcenie kluczyka w stacyjce i wbicie jedynki w manualnej skrzyni. Zresztą sam automat Hongqi też nie należy do najszybszych.
Jest jednak coś, co chiński silnik ma z konstrukcji V6, a jest to spalanie. Gdy odebrałem samochód, to jego zasięg na pełnym baku wynosił 460 km. Jasne, ktoś musiał wykręcić taki wynik mocno dociskając gaz i jeżdżąc po mieście, ale nawet przy spokojnej jeździe realny wynik na krótszych miejskich dystansach oscylował wokół 12 l/100 km. Na trasie ekspresowej pokonywanej z przepisową prędkością 120 km/h i tak było to 7,8 l/100 km. Wysokie zużycie paliwa to jednak typowa bolączka chińskich jednostek napędowych.
Lepiej prezentuje się natomiast zawieszenie, czyli to, co się liczy w limuzynie. Lepiej, ale też nie wyjątkowo. Jak to w przypadku samochodów z Państwa Środka, jest miękko, ale zaskakująco przy szybkich zmianach kierunku jazdy H9 nie przypomina statku na sztormowych falach. Z drugiej strony mimo komfortowych nastawów, czuć wszystkie nierówności. Ot średniak ustawiony pod to, czego wymagają użytkownicy limuzyn. Na tym mógłbym skończyć, gdyby nie to, że podczas testu popadał deszcz. Szybciej pokonywany zakręt pokazał, że stabilność Hongqi H9 może być zwodnicza - gdy przyczepność się kończy, nie ma mowy o delikatnym uślizgu kontrolowanym przez elektronikę. Tu niestety trzeba mieć się na baczności.
Wszystkie pozostałe modele Hongqi, z którymi miałem kontakt w Polsce, nie grzeszyły jakością wnętrza, co mocno kłóci się z metką premium. Cały czas jednak liczyłem, że H9 (ponad dwa razy droższe od HS3) okaże się inne. Jest tak, ale tylko częściowo. Jest lepiej, ale nadal sporo tworzyw potrafi skrzypnąć pod naporem. Najgorzej, że tym, co wydaje najwięcej nieprzyjemnych dźwięków, jest podłokietnik, a więc ten element, o który najczęściej będziemy się opierali. Do tego w moim odczuciu oryginalny, bardziej konserwatywny i wyposażony w więcej fizycznych przełączników projekt wnętrza był lepszy i ładniejszy niż aktualny - po liftingu.
Tym bardziej, że Hongqi H9 na tle innych chińskich aut wyróżnia się prostym i przestarzałym systemem multimedialnym. Niezbyt wygodnym w obsłudze, a przy tym mało atrakcyjnym wizualnie. Mimo niewielkiej liczby opcji, części z nich szukałem naprawdę długo. Nie obsługuje on Android Auto, natomiast Apple CarPlay tylko teoretycznie - nie udało mi się podłączyć telefonu ani bezprzewodowo, ani kablem, pozostał stary dobry Bluetooth.
Skoro o elektronice mowa, to również inne jej aspekty sprawiają wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z naprawdę wiekowym autem (a przecież H9 debiutowało w 2020 r., a w 2024 r. przeszło lifting). Aktywny tempomat działa bardzo zachowawczo, nawet przy najmniejszym dystansie utrzymuje spory odstęp (również, gdy auto przed nami przyspiesza, to potrafi zahamować) i nie pozwala na sprawne przyspieszenie po zmianie pasa. Zresztą czasem sprawiał wrażenie, jakby nagle odkrywał, że osiągnął zadaną prędkość i ostro kończył przyspieszanie, a przy niektórych prędkościach falował wokół zadanej wartości.
Nadpobudliwe systemy bezpieczeństwa natomiast zachęcają do ich wyłączenia, bo potrafią ostrzegać przed zagrożeniem w zupełnie dziwnych sytuacjach (nawet gdy auto stoi na światłach). Do tego przy zmianie pasa, gdy Hongqi ostrzega o innym aucie w martwym polu, wyłącza dźwięk kierunkowskazu. System może wydawać jeden sygnał na raz i tyle.
Zapewne był to problem testowanego egzemplarza, ale "moje" H9 w ogóle nie ogrzewało kabiny. Niezależnie od tego, co włączałem i wyłączałem w panelu klimatyzacji, jaką temperaturę (również maksymalną) ustawiałem. Nic nie pomagało.
Europa jeszcze nie musi panikować
Po firmie, która szczyci się, że jest najstarszą chińską marką (i do tego premium), spodziewałbym się dopracowanego samochodu, a tu zobaczyłem bardzo dużo drobnych rzeczy, które są zrobione jakby na kolanie. I choć mamy do czynienia z dużym i komfortowym autem, to zarazem jest to samochód, którego cena wynosi 284 900 zł.
To już sporo. Choć oczywiście trzeba zadać pytanie, jak wypada na tle modeli europejskich. I tu jest problem, gdyż konkurenci Hongqi H9 nie istnieją. Byłyby to modele pokroju Opla Senatora (lub później Omegi) albo Citroena C6. Zatem raczej marek popularnych niż premium. Dziś rolę takich aut przejęły SUV-y i te europejskie są często zauważalnie tańsze, a przy tym dużo bardziej dopracowane i lepsze jakościowo.
Hongqi H9 nie jest złym autem. Przede wszystkim komfortowo się nim jeździ, ale zarazem jest samochodem mocno przestarzałym i pełnym drobnych wad. A przy tej cenie to już nie przystoi. Warto przy tym wspomnieć, że niedawno, podczas targów Auto China 2026, Hongqi zaprezentowało drugą generację modelu H9. Z zewnątrz jest to ewolucja testowanego tu modelu (bardziej przypominający mocniejszy lifting), ale wnętrze to już zupełnie inna bajka i można liczyć na spory skok technologiczny. Czy jednak on faktycznie nastąpił i Hongqi H9 dorówna chociaż popularnym europejskim producentom? O tym przekonamy się dopiero, gdy model ten trafi do Europy.
Hongqi H9 drugiej generacji:
Pewną ironią jest natomiast najnowsza wiadomość dotycząca Hongqi H9. W Rosji właśnie zaprezentowano nową markę o nazwie Senat (nawiązującą do putinowskiej limuzyny - Aurusa Senata). Jej pierwszy model nosi nazwę 900 i jest niczym innym jak Hongqi H9 ze zmienionym znaczkiem. I w ten sposób chińska marka, która przez lata oferowała stare Audi pod swoim logo, teraz "opycha" Rosjanom swój schodzący model jako coś nowego i luksusowego.
- Atrakcyjny i elegancki wygląd
- Ogrom miejsca i wygoda tylnej kanapy
- Komfortowa jazda
- Dobre wyciszenie kabiny
- Prosty i nieintuicyjny system medialny z wieloma brakami
- Niedopracowane działanie elektronicznych asystentów
- Trzeszczący podłokietnik
- Sporo drobnych niedoróbek...
- ...nie przystających do samochodu w tej cenie