Uważni czytelnicy Autokultu na pewno pamiętają wcześniejsze podejście Kicherera do stylizacji Mercedesa SLS AMG. Wprawdzie wówczas nie było najgorzej, jednak nadal seria wyglądała lepiej. Kiedyś pisałem, że SLS to jedno z nielicznych aut, które jest praktycznie nie do stuningowania i dzięki temu ma szanse oprzeć się raperom zza oceanu. Chyba się myliłem.
W tuningowym świecie powinno zadomowić się pojęcie minimalizmu. Nie chodzi tu oczywiście o robienie mniejszych felg i bodykitów, a o dyskretne dopieszczanie seryjnej wersji auta. Na ogół większość firm tuningowych bierze do ręki szklaną wazę (samochód), rozbija ją, a potem skleja wypełniając ubytki włóknem węglowym i Alcantarą. Tą modyfikacją Kicherer udowodnił, że można delikatnie zwiększyć objętość naszej "wazy" oraz domalować dyskretne wzroki, nie niszcząc przy tym jej wspaniałego kształtu.
Efektem tego zdrowego i jak najbardziej słusznego, w przypadku Gullwinga podejścia, jest SLS AMG Black Edition. Czym różni się od serii?
Całe nadwozie zostało polakierowane czarną matową farbą, a dodatkowego efektu mają dodać wstawki z "błyszczącego" lakieru, jak np. pas na masce. Smaczku dodaje atrapa chłodnicy, która dzięki Bogu została seryjna, jedynie pomalowano ją na czarno. Całość idealnie współgra z 20-calowymi ciemnymi felgami z rantem na wysoki połysk. Wzór do naśladowania.
Seryjna jednostka V8 o pojemności 6.3-litra została wzmocniona z 571 do 620 koni mechanicznych. Ponadto Kicherer przewidział sportowe zawieszenie z regulacją wysokości - jakby fabryczny SLS miał zwykłe. Niemniej jednak efekt końcowy jest przepiękny i co więcej, duch starego 300 SL nadal pozostał.[block position="inside"]8926[/block]
Źródło: Carscoop