Import bez hazardu. Jak naprawdę policzyć koszt auta zza oceanu

Jest piątkowy wieczór, na ekranie laptopa migają zdjęcia auta z amerykańskiej aukcji. Ten sam model, ten sam rocznik, co w polskim ogłoszeniu, tyle że o jedną trzecią taniej. Pierwsza myśl: okazja życia. Druga: na pewno jest jakiś haczyk, którego nie widzę. I właśnie ten niepokój, a nie cena, powstrzymuje większość kierowców przed importem. Niesłusznie, bo akurat tu nie ma miejsca na niespodzianki. Import to nie hazard, tylko chłodna kalkulacja, w której ostateczną cenę "pod dom" da się poznać co do złotówki, zanim w ogóle podniesie się rękę na aukcji.

Źródło zdjęć: © materiały partnera

Aukcyjna iluzja optyczna, czyli dlaczego cena z aukcji to początek

Pierwszy błąd niedoświadczonego łowcy okazji to utożsamianie kwoty wylicytowanej na ekranie z kosztem posiadania auta. Liczba na monitorze pomija cały łańcuch zobowiązań, który dopiero ma się wydarzyć.

Częsty telefon, jaki odbieramy, brzmi: "widzę auto za sześćdziesiąt tysięcy, kupujemy?". A to jest dopiero pierwsza liczba z kilku – mówi Andrzej Leshchuk, ekspert ds. importu w Wincars, firmie sprowadzającej samochody z USA, Kanady i Korei z pełnym rozbiciem kosztów ustalanym przed zakupem. – Opłaty aukcyjne, transport do portu, fracht morski, ubezpieczenie cargo. Suma ceny zakupu, prowizji i transportu do granicy Unii tworzy dopiero wartość celną. I to od niej, a nie od kwoty z aukcji, zaczyna się prawdziwa arytmetyka.

Dlaczego sprawne auto trafia na aukcję? Mechanizm, którego nie widać na zdjęciach

Tu pojawia się pytanie, które zadaje sobie mało kto, a które tłumaczy cały model: dlaczego dwuletnie auto w dobrym stanie w ogóle ląduje na aukcji powypadkowej? Odpowiedź leży w arytmetyce amerykańskiego ubezpieczyciela, nie w stanie pojazdu.

Tamtejszy ubezpieczyciel uznaje auto za szkodę całkowitą nie wtedy, gdy jest zniszczone, tylko gdy naprawa przekracza próg opłacalności, często ledwie sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent wartości – tłumaczy Leshchuk. – Przy tamtejszych kosztach robocizny ten próg pęka błyskawicznie. Auto z odpalonymi poduszkami i zarysowanym bokiem, konstrukcyjnie nietknięte, dla ubezpieczyciela w USA jest złomem, bo jemu się nie opłaca. Dla nas, z dostępem do europejskiej robocizny, opłaca się jak najbardziej. To nie żadna luka, tylko różnica w rachunku po dwóch stronach oceanu. I to ona, nie magia, tworzy całą przestrzeń do oszczędności.

© materiały partnera

Finansowa układanka, czyli wszystko policzone z góry

Po dopłynięciu kontenera do Europy auto przechodzi odprawę, i wokół tego etapu narosło najwięcej legend. W praktyce to najbardziej przewidywalny etap całego procesu. To finansowa układanka, w której wszystkie opłaty są z góry znane i ułożone w stałej kolejności, jedna po drugiej. Nic się tu nie dzieje "z zaskoczenia".

Składniki są trzy i każdy ma sztywną stawkę: cło, agencja celna, VAT. Dlatego całość da się policzyć co do złotówki, zanim auto w ogóle wsiądzie na statek – mówi Andrzej Leshchuk. – Jedyne, na co realnie warto patrzeć przy wyborze auta, to pojemność silnika. Powyżej dwóch litrów akcyza jest wyraźnie wyższa, a rynek amerykański stoi dużymi V6 i V8. Dlatego podpowiadamy klientom jednostki turbo do dwóch litrów: ten sam komfort, a na jednym aucie potrafi to być kilkanaście tysięcy mniej. Klient patrzy na konie mechaniczne, my patrzymy też na centymetry sześcienne.

To jest właśnie różnica między samodzielnym kombinowaniem a pracą z kimś, kto te tabele zna na pamięć. Żadnej tajnej furtki, którą trzeba odkryć. Jedna, jawna stawka, ta sama dla wszystkich, tyle że ktoś potrafi ją przewidzieć za klienta, zanim podejmie decyzję.

Wycena, która zamyka temat domysłów

Klucz do spokojnego zakupu jest prozaiczny: klient dostaje ostateczną wycenę przed zakupem, nie po nim. Można to nazwać kotwicą budżetową, bo trzyma cały projekt w jednym, znanym z góry punkcie. W jednym dokumencie ląduje maksymalna cena licytacji, fracht, odprawa, transport pod drzwi i budżet na naprawę oraz dostosowanie świateł do norm europejskich. Nic, co pojawi się później, nie powinno tej kwoty ruszyć.

Weźmy auto o wartości celnej około stu tysięcy, silnik powyżej dwóch litrów. Cło dokłada dziesięć tysięcy, akcyza ponad dwadzieścia, VAT kolejne trzydzieści. Same podatki to czterdzieści do sześćdziesięciu procent wartości celnej, i dopiero teraz dochodzi naprawa – kreśli Leshchuk. – Ludzie się tej liczby boją, ale ona nie jest tajemnicą, jest do policzenia co do złotówki, zanim cokolwiek się kupi.

Jest jeszcze jeden element, który osobno trudno wycenić, a który najlepiej widać z perspektywy kogoś, kto robi to na co dzień. – Auto z udokumentowaną historią szkody ma niższą wartość odsprzedaży niż bezwypadkowy egzemplarz z salonu. Oszczędność na zakupie to nie czysty zysk, tylko świadomy wybór: płaci się mniej na wejściu w zamian za historię pojazdu. Dla kogoś, kto kupuje auto na lata, ta różnica jest zwykle bez znaczenia, a oszczędność zostaje w kieszeni. Ryzyko pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś tej historii nie zna i płaci jak za auto bez przeszłości. Dlatego naszą rolą jest tę historię prześwietlić i wycenić, zanim klient podejmie decyzję – dodaje ekspert Wincars..

© materiały partnera

Racjonalne podejście do motoryzacyjnych marzeń

Zakup auta zza oceanu przestaje być stresem w chwili, gdy zdejmie się z niego spekulację i niesprawdzone opinie. Rynek importu jest mierzalny, a stawki celno-skarbowe nie zostawiają miejsca na dopłaty z kapelusza, pod warunkiem że ktoś policzy je wszystkie, łącznie z tymi, o których amator zapomina.

Prawdziwa wartość nie leży w ładnej tabelce z kosztami, to potrafi każdy. Leży w tym, że potrafimy powiedzieć, których kosztów na tej tabelce nie ma, bo to auto odrzuciliśmy, zanim w ogóle do niej trafiło – podsumowuje Andrzej Leshchuk. - Gdy matematyka zastępuje emocje, największą wartością importu nie jest niska cena na ekranie, tylko to, że ostateczny wynik całej operacji zna się przed licytacją.

Materiał sponsorowany przez Wincars
Wybrane dla Ciebie
Wyłączono komentarze
Jako redakcja Wirtualnej Polski doceniamy zaangażowanie naszych czytelników w komentarzach. Jednak niektóre tematy wywołują komentarze wykraczające poza granice kulturalnej dyskusji. Dbając o jej jakość, zdecydowaliśmy się wyłączyć sekcję komentarzy pod tym artykułem.
Redakcja serwisu Autokult
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ