Władze Paryża poddały pod konsultacje społeczne projekt przepisów, które wprowadzą strefę tempo 30 na terenie całej stolicy Francji, informuje Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu (ETSC). Wyjątkiem mają być ulice zaprojektowane z myślą o rozwijaniu wyższych prędkości, których zadaniem jest rozładowywanie ruchu, oraz strefy zamieszkania, gdzie obowiązuje niższy limit. Już dziś na wielu ulicach Paryża obowiązuje ograniczenie prędkości do 30 km/h. Szerokie zastosowanie stref tempo 30 rozważa też Lille, Grenoble oraz Nantes.
Francja nie jest jednak jedynym państwem, w którym padają takie pomysły. W Hiszpanii władze chcą odgórnie zmniejszyć dopuszczalną prędkość w miastach do 30 km/h. Zmiany miałyby wejść w życie już w 2021 r. Bilbao nie oglądało się jednak na ruch władz ogólnokrajowych i samo 22 września 2020 r. ogłosiło wprowadzenie strefy tempo 30 na terenie całego miasta. Mieszka w nim około 350 tys. osób, więc będzie to pierwsze na świecie duże miasto z takimi przepisami. Plan szerokiego wprowadzenia ograniczenia do 30 km/h ma również Bruksela. W stolicy Belgii takie przepisy miałyby wejść w życie w 2021 r.
Czyżby wszyscy uwzięli się na kierowców i postanowili im niszczyć przyjemność z jazdy samochodem? Takie przepisy na pewno nie spodobają się zmotoryzowanym, ale u ich podstaw nie leży satysfakcja z ograniczania czyichś praw, lecz liczby. Podstawowym powodem wprowadzania stref tempo 30 jest chęć zwiększenia bezpieczeństwa. Chodzi szczególnie o pieszych, których w miastach jest wielu, a nie chroni ich ani karoseria (jak u kierowców), ani specjalny ubiór czy kask (jak w przypadku motocyklistów).
Z punktu widzenia kierowcy przyspieszenie z 30 km/h do prędkości 50 km/h to niemal symboliczny ruch pedałem gazu. Jak wynika z badań, dla pieszych może być to kwestia życia lub śmierci. Według Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego pieszy uderzony przez samochód jadący 30 km/h ma 90 proc. szans na przeżycie. Jeśli auto jedzie 50 km/h, potrącenie przeżyje jedynie 20 proc. pieszych. Ta dysproporcja robi już wrażenie.
Innym powodem wprowadzenia nowych przepisów ma być dbałość o jakość powietrza. Na pierwszy rzut oka mogłoby się to wydawać absurdalne. Skoro samochód mniej pali na wyższym biegu, to w jaki sposób jakość powietrza może poprawić zmuszenie kierowców do jazdy z niską prędkością? Jak pokazują niemieckie doświadczenia, to jednak działa.
W 2018 r. w 40 proc. stacji badania jakości powietrza w niemieckich miastach zanotowano przekroczenia norm pod względem obecności tlenków azotu i cząstek stałych. W 2019 r. wartość ta spadła do 20 proc. Według "Deutsche Welle" niemiecki resort środowiska łączy tę poprawę z przestawieniem miejskiego transportu publicznego na pojazdy elektryczne, a także szerszym wprowadzaniem stref tempo 30. Najwyraźniej niska dozwolona prędkość przekłada się na większą chęć korzystania z transportu publicznego lub roweru czy hulajnogi.
Czy takie rozwiązanie sprawdziłoby się również w Polsce? Oczywiście pozytywne skutki z obniżenia prędkości byłyby takie same, ale można podejrzewać, ze problemem byłoby wyegzekwowanie przepisów. W Polsce za przekroczenie prędkości o wartość nie większą niż 20 km/h można otrzymać mandat w wysokości od 50 do 100 zł. Kierowca, który przekroczy prędkość o nie więcej niż 30 km/h, może otrzymać mandat w wysokości od 100 do 200 zł. To wartości na tyle niewielkie, że wielu kierowców nie obawia się złapania.