Straszyli elektrykami. Oto prawda o przetrwaniu podczas zamieci
Każda okazja negowania zasadności aut na prąd jest dla elektroscpetyków dobra, niezależnie od zasadności argumentów. Taką okazją były ostatnie zamiecie śnieżne, które spowodowały m.in. paraliż na drodze S7. Kierowcy utknęli na wiele godzin w swoich autach. Wbrew opinii wielu osób, taka sytuacja w elektryku wcale nie oznacza "końca świata".
Na początek wyjaśnijmy kilka faktów. Tak, samochody elektryczne zużywają więcej energii zimą i rzadko kiedy utrzymują katalogowy zasięg. To nie podlega dyskusji — potwierdzają to zarówno nasze testy, jak i te przeprowadzane przez wiele znanych organizacji. W zeszłym roku badania przeprowadziło m.in. ADAC oraz Green NCAP, z których wynikało, że w zależności od stopnia mrozu, elektryki zużywały od 20 do nawet 100 proc. więcej energii podczas jazdy w porównaniu do testów przy temperaturze 23 stopni Celsjusza.
Pierwszy kontakt z Audi Concept C. Kamil Łabanowicz pokazuje przyszłość marki
I tu pojawia się kluczowa kwestia - podczas jazdy. Przy niskich temperaturach, dla zapewnienia odpowiedniej wydajności i środowiska pracy, system musi bowiem zapewnić całemu "krwiobiegowi" właściwe warunki termiczne. Swoje oczywiście pobiera także układ ogrzewania kabiny, ale coraz więcej aut wyposażonych jest w pompy ciepła, które potrzebują do tego mniej energii.
Przykładowo w Volkswagenie ID.7 bez pompy ciepła, utrzymanie temperatury kabiny w rozgrzanym aucie przy prędkości autostradowej powoduje wzrost zużycia o zaledwie 3 proc., czyli ok. 0,8 kWh/100 km. Z pompą ciepła byłoby to jeszcze mniej.
Samochody spalinowe zimą także zużywają więcej paliwa. Jak wynika z testów Green NCAP – benzynowe palą średnio o 15 proc. więcej, a diesle – o 24 proc. Czy więc utknięcie elektrykiem na wiele godzin w zamieci jest więc dużo gorsze?
Otóż nie
Kluczowe jest tu bowiem zużycie energii na postoju. Silnik spalinowy o pojemności do 2 l zużywa średnio ok. 1,2 l paliwa na godzinę pracy. Przy większych jednostkach wartość ta może wynosić nawet 2-2,5 l/h. Załóżmy, że akurat zatankowaliśmy i utknęliśmy z pełnym 55-litrowym bakiem (dziś najczęściej auta mają pojemność baku 50-60 l).
Paliwa na ogrzanie kabiny wystarczy nam na ok. 45 godzin. Bardziej prawdopodobnym scenariuszem będzie jednak utknięcie z połową baku – w końcu już chwilę jedziemy. Wówczas paliwa wystarczy nam na niecałą dobę.
Jak to jest w elektryku? Z testów ADAC wynika, że do utrzymania temperatury 20 stopni w kabinie samochód na prąd zużywa od 1,5 do 2 kWh na godzinę postoju, w zależności od wielkości auta oraz zastosowanego rozwiązania układu ogrzewania kabiny. Współczesne elektryki wyposażone są już także w znacznie większe akumulatory – pojemności rzędu 60-80 kWh nie są rzadkością.
Przyjmując średnią zużycia energii na poziomie 1,7 kWh/h oraz średnią pojemność akumulatora 70 kWh, energii wystarczy nam na 41 godzin. Zaledwie 4 godziny mniej niż w spalinowym. Przy mniej optymistycznym założeniu wykorzystania połowy energii, wciąż możemy liczyć na co najmniej 20,5 h ogrzewania kabiny.
Oczywiście wartości te mogą się skrajnie różnić, w zależności od przyjętych danych wyjściowych. Moglibyśmy przyjąć samochód spalinowy z 90-litrowym bakiem i elektryka z akumulatorem 40 kWh (bo i takie wciąż są dostępne), co da nam wartości przy pełnym zapasie kolejno 70 h i niecałe 24 h.
Różnica jest znacząca i wpływa na wyobraźnię, prawda? Takie założenia są wodą na młyn dla elektrosceptyków, ale mają niewiele wspólnego z rzetelnością. Ale możemy też pójść w drugą stronę i wziąć np. nowe BMW iX3 z akumulatorem 109 kWh oraz Toyotę Yaris Cross z zaledwie 36-litrowym bakiem. W takiej sytuacji możemy liczyć kolejno na 64 i 30 h ogrzewania. I nagle to auto spalinowe zdaje się tym "zagrażającym życiu" w razie wielkiego korka.
Utykając w warunkach, jakie miały ostatnio miejsce na drodze S7 przy małym zapasie energii lub paliwa musimy liczyć się z podobnymi problemami niezależnie od rodzaju napędu. Auta spalinowe mają jednak pewną przewagę – w razie wyczerpania benzyny lub oleju napędowego, można udać się na stację (o ile mamy szczęście i ta jest w pobliżu) i wrócić z kanistrem. W przypadku elektryka po wyczerpaniu energii, jedyne co nas czeka, to laweta.
Dlatego tak ważne jest odpowiednie przygotowanie do trasy – od napojów i przekąsek zaczynając, a na powerbanku, kablu do ładowania telefonu i ciepłej odzieży zimą kończąc. Dobrze jest przy tym nie dopuszczać do sytuacji, w której jedziemy na "oparach" – czy to benzyny, diesla czy elektronów. Niezależnie od napędu lepiej mieć zapas na nieprzewidziane sytuacje. Można drwić z przygotowań jak na wyprawę na biegun północy, ale mało kto chciałby skończyć w warunkach, jakie w ostatnich dniach panowały na drogach.