Wiem, że najgłośniejsi to często nie ci najbardziej liczni. Ale przez ich "krzyk" są łatwi do zauważenia. I tak jest, gdy mowa o odcinkowych pomiarach prędkości. Te jeszcze niedawno można było spotkać głównie na drogach jednojezdniowych - krajowych czy wojewódzkich - ale ostatnio mamy wysyp takich sposobów kontroli na ekspresówkach i autostradach, czyli trasach, gdzie domyślne ograniczenia prędkości to odpowiednio 120 i 140 km/h. Zresztą wystarczy przeszukać Autokult, aby zobaczyć, że w tym roku co chwilę publikowaliśmy informacje o kolejnych odcinkowych pomiarach. A to jeszcze nie koniec.
To spora zmiana. Bo wcześniej w praktyce jedyną metodą kontroli prędkości na ekspresówkach i autostradach były nieoznakowane radiowozy. W końcu na takiej trasie nie można postawić patrolu z "suszarką". Kierowcy łamiący przepisy szybko zrozumieli, że wystarczy pilnować, czy za nami nie jedzie BMW serii 3, bo w praktyce to głównie takie auta patrolowały drogi o najwyższym standardzie (choć i to też się zmienia, gdyż grupa Speed wybiera teraz też inne modele). Nie ma Beemki w lusterku, to nie trzeba obawiać się mandatu. Wyrastające jak grzyby po deszczu odcinkowe pomiary to zmieniły.
Wielu zwolniło, inni nie zamierzają
W mojej subiektywnej ocenie ekspresówki i autostrady już dawno przestały większości kierowców służyć do bicia rekordów przejazdów między polskimi miastami. Wiele osób zrozumiało, że przy takich prędkościach jeszcze szybsza jazda oznacza coraz bardziej znaczące wzrosty zużycia paliwa (kłania się aerodynamika), więc te kilka minut nie jest warte takich pieniędzy. Jednak nie brakuje też kierowców, dla których oszczędności nie mają znaczenia, a często się spieszą dla zasady. Z przyzwyczajenia.
I to właśnie oni się oburzają, że teraz nie mogą bezkarnie łamać przepisów. Że ograniczenia prędkości (a raczej kontrole, bo samymi limitami przecież się nie przejmują) ograniczają ich wolność. W końcu każdy powinien móc jeździć tak szybko jak chce. A przynajmniej tak szybko, jak dany komentujący uważa.
Czy czasem mi się spieszy i chciałbym bardziej "pocisnąć"? Oczywiście. Czy przykład (już coraz mniej licznych) niemieckich autostrad bez ograniczeń pokazuje, że może to być bezpieczne (gdy wszyscy uczestnicy ruchu są tego świadomi)? Tak. Ale wiem też, że cenię sobie bezpieczeństwo i spokój podczas jazdy.
Gdy wszyscy włączą tempomat na 120 km/h, to nie czuję się ograniczony, ale zrelaksowany. Zamiast tego jest spokojniej. Ruch jest płynniejszy. Jadąc przepisowo, nie muszę co chwilę zjeżdżać na prawy pas i hamować za ciężarówkami, aby przepuścić kogoś, kto ograniczenia nie przestrzega. Oczywiście w praktyce to robię; blokowanie lewego pasa dla zasady to również bardzo zły zwyczaj.
Na pewno się ze mną nie zgodzicie
I już wiem, że pod tym tekstem pojawi się sporo komentarzy porównujących kontrole prędkości do niewolnictwa lub stwierdzających, że piszę głupoty. Że zdaniem komentującego stała jazda zgodnie z przepisami powoduje tworzenie korków, nie rozumiejąc, że to ciągłe przyspieszanie i hamowanie zagęszcza ruch. Będą też narzekający, że wiele osób na wszelki wypadek zwalnia bardziej niż trzeba. I tak zgadza się, też to zauważam, ale te 115 km/h oznacza, że czas przejazdu wydłuży się zaledwie o 4 proc. To naprawdę niewiele, a dla wygody i bezpieczeństwa jestem w stanie tyle poświęcić. Potrafię zaoszczędzić więcej czasu sprawnie się pakując i nie opóźniając wyjazdu czy nie wydłużając niepotrzebnie przerw w trasie.
Ostatecznie jednak ironia polega na tym, że kierowcy krytykujący odcinkowe pomiary nie narzekają na same limity (a skoro ich zdaniem są złe, to je należałoby zmienić), ale na to, że dostają karę za łamanie ustalonych zasad. Ot drogowi anarchiści - można by zażartować, gdyby nie powaga całej sytuacji, bo ostatecznie chodzi tu też o bezpieczeństwo.
Przez ostatnie dekady liczba wypadków i ofiar śmiertelnych na polskich drogach mocno spadła. To jeden z naszych wspólnych, polskich sukcesów. Składa się na to wiele rzeczy. Niesamowita wręcz poprawa infrastruktury, bezpieczniejsze samochody, zmiany mentalne znacznej części społeczeństwa, ale nie da się też ukryć, że widmo kar ma znaczenie. Wystarczy wspomnieć, że podwyżka mandatów w 2022 r. przyniosła efekt widoczny w statystykach wypadków. I tu mogę półironicznie przytoczyć inny bon mot internetowych ekspertów, w którym jest sporo prawdy - jeśli nie łamie się prawa, to nie trzeba obawiać się kary.