The I.C.E. - pieniądze, luksus i dobra zabawa w najbardziej wyjątkowych samochodach na świecie
Konkursy motoryzacyjnej elegancji odbywają się przy zamkach, historycznych willach czy na polach golfowych. Wszystkie łączy dobra, najczęściej letnia pogoda. Wszystkie za wyjątkiem The I.C.E. To właśnie dzięki temu wydarzeniu i wyjątkowej atmosferze do szwajcarskiego St. Moritz ściągają fani najbardziej wyszukanej motoryzacji. Również ci z Polski.
St. Moritz w światowej świadomości pojawiło się, gdy organizowano tam zimowe Igrzyska Olimpijskie w 1928 i 1948 r. Jednak od tego czasu wiele się zmieniło. Choć górskie miasto może pochwalić się historyczną zabudową, to znaczna jego część jest na wskroś nowoczesna i jest odbiciem tego, czym stało się w ostatnich dekadach. Wystarczy przejść się po centrum i zobaczyć sklepowe witryny, aby mieć proste skojarzenie - St. Moritz można nazwać zimowym odpowiednikiem Monako. Może nie jest miejscem zamieszkania kierowców Formuły 1 i innych sław, ale na pewno przyciąga ich na narciarskie wypady.
Luksus czuć tu na każdym kroku, więc trudno znaleźć na świecie drugie miejsce, które byłoby tak adekwatne dla konkursu zimowego motoryzacyjnej elegancji. Tym bardziej, że lokalny mikroklimat świetnie temu sprzyja - St. Moritz ma ponad 300 słonecznych dni w roku.
Ma też idealne miejsce na taką imprezę - z jednej strony nieoczywiste, a z drugiej zimą nie da się znaleźć lepszego. Górskie jezioro, nad którym leży miasto, całkowicie zamarza i staje się areną dla wielu wyjątkowych imprez. Wystarczy wspomnieć, że od przeszło 40 lat obywają się tu słynne zawody w polo na lodzie. Mnie jednak interesują konie mechaniczne, a ich też co roku pojawia się na Jeziorze St. Moritz bardzo dużo. Oto The I.C.E.
Pierwszy kontakt z Toyotą RAV4 5. generacji: teraz bardziej dla Polski
Zanurzyć się w motoryzacyjnej historii
Samo dotarcie do St. Moritz nie jest takie łatwe. Najbliższe lotniska znajdują się przy Mediolanie, natomiast w Szwajcarii trzeba jechać z Zurychu. To ponad 3 godziny samochodem. Nic dziwnego, że wiele osób po prostu decyduje się na grand tour i z całej Europy przyjeżdża na miejsce autami.
Ja na lód docieram na samo otwarcie imprezy. To najlepsza okazja, żeby zobaczyć najważniejszych bohaterów - wyjątkowe samochody - przed pojawieniem się tłumów. Od zamarzniętej tafli jeziora czuć zimno, ale szybko przestaję zwracać na to uwagę, gdyż witają mnie ustawione w rzędach wyjątkowe maszyny. Każda linia aut to kolejna specjalna kategoria.
Pierwsze łączą kultowe malowania ze świata motosportu. Są: biało-żółte Audi Quattro S1, Lancia Delta Martini Racing, Lancia Stratos w barwach Alitalii czy Porsche 959 Jacky’ego Ickxa. To samochody, które na lodzie czują się jak u siebie. Ale nie brakuje też pojazdów, które wydają się tu zupełnie nie na miejscu, jak Alfa Romeo 179 (samochód F1 z 1980 r.), Nissan R390 czy McLaren F1 GTR.
Zaraz za nimi stoi kolejna grupa aut. Tych, które dla mnie, wychowanego w latach 90., grają na sentymentach z młodości. Ta kategoria została nazwana "narodziny hipersamochodów". Na jej czele stoi Bugatti EB 110. Samochód, który przywrócił markę do życia, ale jeszcze przed przejęciem jej przez Volkswagena. Taki pojedynczy, ale jakże głośny i niesamowity krzyk tej krótkiej ery Bugatti.
Dalej tylko nieco nowsza historia - Koenigsegg CC, ale nie byle jaki. Egzemplarz, który pojawił się w St. Moritz, to pierwszy prototyp w historii marki. W środku wygląda jakby posklejany na ślinę, ale fakt, że po przeszło 30 latach cały czas jeździ, pokazuje inżynieryjny kunszt szwedzkiego konstruktora. Dziś samochód ten należy do kolekcjonera z Dubaju, który mimo wyjątkowości swojego auta upierał się, aby zostawić je otwarte, żeby odwiedzający The I.C.E. mogli lepiej poznać tę ważną kartę w historii motoryzacji.
Oczywiście nie mogło też zabraknąć Pagani Zondy z początku produkcji. Jednak dla mnie to kolejne samochody są tymi najciekawszymi. Tę grupę otwierał Jaguar XJ220, zaraz za nim stoi McLaren F1, kolejne jest Ferrari F50, a stawkę zamyka Porsche 911 GT1 - jeden z 25 drogowych egzemplarzy.
Kolejne "zestawy" to już klasyka (dosłownie) konkursów elegancji, czyli wyjątkowe konstrukcje od lat 20. do 60. XX wieku. Dwa kultowe przedwojenne wyścigowe Bugatti, przepiękny Talbot-Lago T150C SS "Teardrop", Ferrari 750 Monza, Lamborghini Miura i wiele innych.
Poza kilkoma rajdówkami wszystkie te samochody wydają się bardzo nie na miejscu, stojąc na zamarzniętej tafli jeziora. Takie modele do tej pory widywałem głównie w muzeach. Stojące w idealnych warunkach, w cieple i odgrodzone od zwiedzających. Jednak każdy prawdziwy fan motoryzacji rozumie, że samochody stworzone zostały do jazdy i to właśnie w ruchu, z włączonymi silnikami wywołują największe emocje. Więc niezależnie czy mowa o prototypie hiperauta, czy o międzywojennym samochodzie klasy grand prix, wszystkie te pojazdy mają wyjechać na lód. Ale to dopiero drugiego dnia. Teraz jest czas na przesiąknięcie atmosferą imprezy.
Zderzenie światów
Tak jak najbardziej wartościowe, kolekcjonerskie auta połączyły się z zimowymi warunkami zamarzniętego jeziora, tak The I.C.E. odwiedza wyjątkowy miks ludzi. I to zarówno jeśli chodzi o właścicieli wspomnianych aut, jak i osoby chcące je podziwiać.
Wśród kolekcjonerów nie brakowało modnie ubranych milionerów, którzy dzięki zasobności portfela zaczęli realizować swoje motoryzacyjne marzenia kupując np. klasyczne Ferrari. Z drugiej strony mamy (zapewne równie bogatych) starszych dżentelmenów, którzy sami "dłubią" przy silnikach swoich przedwojennych klasyków czy starych wyścigówek. Oni nie muszą się przebierać, aby wyglądać odpowiednio do epoki. Wyglądają tak naturalnie, że jestem przekonany, iż po prostu wyciągnęli sweter oraz płaszcz z szafy i ubrali się dokładnie tak jak co dzień.
Podobnie sytuacja wygląda wśród odwiedzających The I.C.E. Stosunkowo nieduży teren jest wypchany ludźmi po brzegi. Pierwszego dnia wszyscy mogą praktycznie dotknąć zebranych tu klasyków. To jakby udać się na niespotykanie wyjątkowy zimowy parking. Tylko taki, na którym wypada się pokazać.
Znaczna część osób wygląda jak z pokazu mody, ale i oni nie są tu przypadkiem. Z fascynacją przyglądają się samochodom. Robią setki zdjęć, zaglądają do wnętrz i pod maski. Równie widoczna jest druga połowa odwiedzających The I.C.E. To pełnokrwiści fani motoryzacji. Ci, którzy za młodu wieszali na ścianach plakaty z Ferrari F50 i/lub McLarenem F1, a szuflady mieli wypchane prasą motoryzacyjną. Przyglądają się, komentują, podziwiają.
Jeśli zastanawiasz się, czy The I.C.E. to miejsce dla ciebie, to bardzo prawdopodobne, że odpowiedź jest twierdząca. Z jednej strony jedząc ostrygi i popijając je szampanem można poczuć wyjątkowy klimat tego, co dawniej nazywano jet set. Z drugiej to po prostu świetna okazja, aby zobaczyć wyjątkowe samochody. Zresztą przechadzając się między nimi przekonałem się, że również polscy fani motoryzacji w sporej liczbie dotarli do St. Moritz. To świetna wiadomość, że nie brakuje u nas miłośników klasycznych samochodów.
Na lód
Pierwszy dzień The I.C.E. jest okazją, aby zobaczyć samochody z bliska. To też czas, kiedy przybyli na imprezę nieliczni producenci pokazują swoje specjalne modele. Po raz kolejny na lodowisku (będącym odśnieżonym kawałkiem zamarzniętego jeziora) Maserati zaprezentowało wyjątkowe auto - tym razem model MCPura Cielo w specjalnym malowaniu pokazującym możliwości programu indywidualizacji Fuoriserie.
Natomiast drugiego dnia auta są już odgrodzone. Tylko specjalni goście i znajomi właścicieli samochodów mogą podejść do nich bliżej. Zresztą nie do wszystkich, bo przez większość czasu jakaś grupa jest na torze. Torze, który jest dużym lodowym owalem wyznaczonym na środku jeziora.
To czas, aby zobaczyć te wyjątkowe samochody w akcji. Śnieg nie jest oczywiście posypany piaskiem ani solą, więc wszystko jest zdrowe dla bezcennych aut i z całą pewnością lepsze niż jazda po publicznych drogach. Z drugiej strony - nieco abstrakcyjne, gdy patrzę na te wszystkie klasyki jeżdżące po lodzie. Jedne mają opony z kolcami, inne specjalne nakładki na koła poprawiające przyczepność, ale to nadal po prostu zabawa na zamarzniętym jeziorze.
Podejście poszczególnych kierowców jest różne. Oczywiście ci w rajdówkach chętnie jeżdżą poślizgami. Audi Quattro na każdym łuku wygląda jak na odcinku specjalnym - w pełnym poślizgu i z gazem na wyjściu z zakrętu. McLaren F1 GTR przy tym prezentuje się dość nieporadnie - z każdym metrem walczy o trakcję, ale widać, że jest to walka dająca przyjemność i satysfakcję za kierownicą. Najstarsze auta raczej przemieszczają się po lodzie nieco spokojniej, ale tu też wszystko zależy od kierowcy. Nie brakuje takich, którzy przedwojennymi klasykami "idą bokiem" kiedy tylko się da (a da się praktycznie cały czas).
I w tym momencie rozumiem, co jest wyjątkowe w imprezie The I.C.E. To nie jest po prostu konkurs elegancji w nietypowym, zimowym anturażu. To miejsce, gdzie te wszystkie samochody ożywają i robią to, do czego zostały stworzone - dają niesamowitą przyjemność z jazdy swoim właścicielom, a nam możliwość podziwiania ich w akcji.