Wystarczy mocniejszy deszcz, a nie brakuje kierowców, którzy postanawiają włączyć światła przeciwmgielne. Chcą w ten sposób poprawić widoczność swojego auta podczas ulewy, które dodatkowo ma za sobą pióropusz wody spod kół.
Nie jest to problemem w przypadku przednich świateł przeciwmgielnych. Te (jak zresztą informuje kontrolka im odpowiadająca pokazująca odpowiednio skierowane promienie) świecą w dół i nie oślepiają szczególnie mocno kierowców jadących z naprzeciwka. Jednak tylne (tu dla zapominalskich znowu przychodzi z pomocą kontrolka - tym razem pomarańczowa) już świecą poziomo, przez co łatwo oślepiają innych uczestników ruchu, jeśli warunki nie wymagają przeciwmgielnych.
A kiedy pojawiają się takie warunki? Mówią o tym przepisy, zgodnie z którymi światła przeciwmgielne należy włączyć, gdy widoczność spadnie poniżej 50 m. Czyli naprawdę mało. To zaledwie połowa odległości między dwoma słupkami pikietażowymi znajdującymi się przy drodze. W deszczu, nawet mocnym trudno o tak złą widoczność, a do tego opady potrafią mocno zmieniać swoją intensywność wraz z pokonywanymi kilometrami, a nawet metrami.
Dlatego nawet jeśli przy ekstremalnej ulewie postanowi się włączyć przeciwmgielne, to należy pamiętać, że już nawet po kilkunastu sekundach warunki potrafią się zmienić na tyle, aby je wyłączyć i nie oślepiać innych kierowców. Co więcej - w nowszych samochodach tylne światła mijania (które powinny być włączone) są na tyle jasne, że dobrze je widać w deszczu.
Choć najważniejszą kwestią jest właśnie oślepianie innych kierowców, to należy pamiętać, że za nieuzasadnione korzystanie ze świateł przeciwmgielnych grozi mandat. Jest to 100 zł i 2 punkty karne. Oczywiście nie oznacza to, że należy się obawiać używania przeciwmgielnych - jeśli sytuacja tego wymaga, to koniecznie trzeba je włączyć. Brak tylnego światła przeciwmgielnego (które jest w każdym samochodzie) przy widoczności poniżej 50 m też może oznaczać mandat. Tu przewidziana kara to 200 zł i również 2 punkty karne.