Potwornie stresująca i niebezpieczna – tak mogą opisać swoją pracę kierowcy pojazdów uprzywilejowanych. Wielu z nich, wsiadając do karetki czy wozu strażackiego, zdaje sobie sprawę, że od ich sprawności i podjętych na drodze decyzji zależy czyjeś życie. Trudno o większą presję. Do tego gdzieś z tyłu głowy mają to, że w razie wypadku najprawdopodobniej sami poniosą odpowiedzialność za zdarzenie. Państwo powinno zadbać o to, by początki w tak wymagającym zawodzie były jak najłatwiejsze i najbezpieczniejsze. Jest jednak inaczej.
Wybrakowane prawo
Zgodnie z ustawą o kierujących pojazdami o zezwolenie na prowadzenie pojazdów uprzywilejowanych może starać się każdy, kto ukończył 21 lat, ma prawo jazdy odpowiedniej kategorii, a także przejdzie odpowiednie badanie lekarskie i psychologiczne. Potem wystarczy przejść specjalistyczny kurs. I tu pojawia się problem. Zgodnie z przepisami kierowcy takich pojazdów mogą używać świetlnych i dźwiękowych sygnałów uprzywilejowania tylko wtedy, gdy ich przejazd wiąże się z podjętą interwencją.
W praktyce oznacza to, że podczas kursu osoba starająca się o zezwolenie nie może pod okiem instruktora pojechać "na bombach" w normalnym ruchu. Brak takiego doświadczenia sprawia, że świeżo upieczony właściciel zezwolenia na prowadzenie pojazdów uprzywilejowanych nigdy nie jechał pojazdem uprzywilejowanym.
Szlify zyskuje dopiero w prawdziwej akcji, gdy dodatkowo obciążony jest odpowiedzialnością związaną z działaniami prowadzonymi przez ekipę karetki pogotowia czy wezwanego na miejsce pożaru lub wypadku zespołu strażackiego. Do stresu związanego z prowadzeniem takiego pojazdu dochodzi więc dodatkowy. Kierowca wie, że od niego może zależeć czyjeś życie.
Teoretyczna praktyka
Co jest nie tak z systemem przeprowadzania szkolenia na zezwolenie prowadzenia pojazdu uprzywilejowanego? – Podczas zajęć praktycznych nie używa się pojazdów takich jak te, które później ma prowadzić kandydat. Dlatego osoba, która chce jeździć dużą karetką, może podczas jazd dostać choćby fiata punto – mówi Autokult.pl Tomasz Kulik z Motocyklowej Szkoły Jazdy Kulikowisko, który sam posiada uprawnienia do prowadzenia pojazdów uprzywilejowanych.
- Największym problemem jest jednak to, że podczas kursu nie da się sprawdzić, jak się zachowuje taka osoba w rzeczywistej sytuacji, gdy jedzie z sygnałami uprzywilejowania. Nie jest to dziś możliwe. A szkoda, bo kierowca karetki, policyjnego radiowozu czy wozu strażackiego musi nauczyć się reagować na niestandardowe zachowania innych.
– Kierowca pojazdu uprzywilejowanego ma prawo łamać niektóre przepisy, a inni kierujący mają umożliwić pojazdom uprzywilejowanym przejazd. Ale nie wszyscy kierowcy to robią. I na to trzeba być przygotowanym. By dobrze radzić sobie w takich sytuacjach, potrzebna jest praktyka – dodaje Tomasz Kulik.
Potrzeba zmian
To, jak kierowcy pojazdów uprzywilejowanych radzą sobie w rzeczywistym ruchu, weryfikuje życie. Niedawno w Bydgoszczy świadkiem wypadku z udziałem karetki był Paweł Wojciechowski. Tyczkarz przebiegł 400 metrów, by udzielić pomocy poszkodowanym. Kilka dni później w tym samym mieście doszło do kolejnego wypadku z udziałem karetki. Ponownie u podłoża zdarzenia leżało nieustąpienie pierwszeństwa przejazdu przez innego kierującego.
W ciągu kilkunastu ostatnich tygodni do wypadków z udziałem pojazdów uprzywilejowanych dochodziło m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Kielcach, Roszkowie nieopodal Rawicza czy pod Zieloną Górą. W wielu zdarzeniach tego typu kolizję poprzedza błąd innego kierującego. Niewykluczone jednak, że lepsze szkolenie kierowców pojazdów uprzywilejowanych przyczyniłoby się do naprawy tych błędów. Jak to wygląda za granicą?
– Szkolenie powinno być takie jak na Zachodzie. Pojazd bez znaków jakiejkolwiek służby, ale ze światłami uprzywilejowania. W środku kursant i instruktor, najczęściej emerytowany pracownik służb ratowniczych z wieloletnim doświadczeniem – opisuje Tomasz Kulik.
– Przed rozpoczęciem takiej jazdy powiadamia się policję o planowanym w ramach kursu przejeździe, żeby nie stawiać na nogi całego systemu, i wyjeżdża się na miasto. U nas jest inaczej. Gdy starałem się o uprawnienia, miałem kilka czy kilkanaście godzin praktyki, a potem jeden ośmiogodzinny dzień jazd: po płycie poślizgowej i w ruchu. Na koniec nie ma egzaminu, ośrodek szkolenia wydaje odpowiednie zaświadczenie – kończy Kulik.
Propozycję zmian w systemie szkolenia kierowców pojazdów uprzywilejowanych w interpelacji poselskiej skierowanej do ministra infrastruktury wystosowali Tomasz Chrzan oraz Marek Kuchciński. Praca za kierownicą pojazdu uprzywilejowanego jest trudna i odpowiedzialna. Biorąc pod uwagę to, jak dziś wygląda szkolenie takich osób, można się dziwić, że wypadków jest tak mało.