Szef BMW kwestionuje ceny chińskich aut w Europie. "Nie mają biznesowego uzasadnienia"

Filip Buliński
Milan NedeljkovićMilan Nedeljković
Źródło zdjęć: © Materiały prasowe | Jason Walle

Milan Nedeljković, nowy szef BMW, uważa, że ceny części chińskich samochodów sprzedawanych w Europie nie mają biznesowego uzasadnienia. W rozmowie z "Frankfurter Allgemeine Zeitung" powiedział jednak, że podnoszenie ceł nie jest dobrym wyjściem z sytuacji.

Można nie lubić chińskich aut, ale trzeba przyznać, że miały swój udział przy kreowaniu cenników wielu europejskich producentów. Ci, w obawie przed odpływem klientów, zatrzymali kręcącą się od czasów pandemii karuzelę podnoszenia cen. Mało tego – wielu zdecydowało się na mocne rabaty i powroty do kwot sprzed lat.

Okazuje się więc, że można – konieczny był tylko odpowiedni bodziec. Agresywna polityka cenowa chińskich marek nieustannie wywołuje jednak dyskusje. Ostatnio na ten temat wypowiedział się Milan Nedeljković, który w maju 2026 r. przejął stery w bawarskiej marce po Oliverze Zipse.


DLA CIEBIE
Jedna noc. Jedno auto. Jeden prowadzący. Miasto po godzinach. After HOURS by Cupra

W wywiadzie z Frankfurter Allgemeine Zeitung szef BMW miał powiedzieć, że: "Niektóre chińskie samochody są tu (w Europie – przyp. red.) oferowane w cenach, które nie mają ekonomicznego uzasadnienia". Nedeljković nie stwierdził wprost, że chińscy producenci stosują dumping.

Ostrzegł jednak, że trudna do wyjaśnienia polityka cenowa może zaburzać konkurencję i wzmacniać w Europie tendencje protekcjonistyczne. BMW deklaruje poparcie dla wolnego handlu, ale oczekuje warunków opartych na zasadach rynkowych.

Niemiecki koncern sam korzysta z międzynarodowej sieci produkcyjnej. W Chinach powstają m.in. elektryczny Mini Cooper w wersji hatchback oraz crossover Mini Aceman, które trafiają następnie na rynek europejski. Z tego powodu BMW nie postuluje zamknięcia rynku przed autami z Państwa Środka.

Chińskie samochody zwiększają presję w Europie

Producenci tacy jak BYD, SAIC i Geely rozwijają sprzedaż w Europie. Ich modele najczęściej są tańsze od samochodów oferowanych przez miejscowe koncerny, a równocześnie korzystają z coraz bardziej zaawansowanych technologii. Dla europejskich firm oznacza to rywalizację już nie tylko na polu ekonomicznym.

Unia Europejska już odpowiedziała na ten proces dodatkowymi opłatami na samochody produkowane w Chinach. Po dochodzeniu dotyczącym subsydiów stawki ustalono na poziomie od 17 do 35,3 proc., zależnie od producenta. Nedeljković nie popiera jednak dalszego zaostrzania polityki celnej.

Zamiast tego szef BMW opowiedział się za rozmowami politycznymi między Europą a Chinami. Ich celem miałyby być dobrowolne ustalenia dotyczące uczciwych warunków działania oraz cen wynikających z realiów rynkowych. Według Nedeljkovicia kolejne cła oznaczałyby głębszą ingerencję w handel niż wynegocjowane porozumienie.

Prezes wskazał również możliwą odpowiedź Pekinu. Chiny mogłyby ograniczyć dostawy ogniw akumulatorowych, od których zależy europejski przemysł. Taka eskalacja wpłynęłaby na inwestycje i miejsca pracy, dlatego przedstawiciele władz zarówno unijnych, jak i krajowych powinni wzmacniać konkurencyjność gospodarki bez odcinania jej od zagranicznych rynków.

BMW mierzy się z rosnącą konkurencją nie tylko na Starym Kontynencie, ale także w Chinach. Miejscowi producenci skutecznie odbierają klientów europejskim markom – wyjątkowo mocno odczuwają to właśnie gracze w segmencie premium. Według raportu rocznego BMW Group za 2025 r. sprzedaż koncernu, uwzględniająca Mini, zmalała z rekordowych 847,9 tys. aut w 2021 r. do 626 tys., a duży wpływ na sytuację miał właśnie chiński rynek.

Plan "Made in Europe" może podnieść ceny aut

Komisja Europejska analizuje rosnącą nierównowagę handlową w relacjach z Chinami, a producenci samochodów i europejskie rządy dyskutują nad zakresem ewentualnej ochrony przemysłu.

Volkswagen Group, Renault Group i Stellantis poparły wspólne stanowisko dotyczące projektu "Made in Europe". Proponowane ramy przemysłowe Unii Europejskiej zakładają, że 70 proc. części wykorzystanych przy produkcji samochodu powinno pochodzić z regionu.

Taki wymóg mógłby jednak zwiększyć koszty. Jak podał Euronews, niezależny instytut Bruegel oszacował, że cena samochodu elektrycznego mogłaby wzrosnąć o ponad 2 tys. euro. Ogniwa akumulatorowe pochodzące z Unii Europejskiej byłyby znacznie droższe, a producenci przenieśliby dodatkowe wydatki na klientów, co mogłoby przynieść ostatecznie odwrotny efekt od zamierzonego.

Wybrane dla Ciebie
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE