Okazja była zbyt dobra. Sprzedawca z niemieckiego komisu oszukał czytelnika
Pan Grzegorz szukał auta dla swojej żony. Toyota avensis kombi z dieslem pod maską wpadła mu w oko, bo dopiero chwilę wcześniej wjechała na plac w niemieckim komisie. Komisant dostał pieniądze, a Pan Grzegorz dokumenty. Problem pojawił się dzień później.
Wyjazdy na Zachód po auta to narodowy sport Polaków. Nie lubią dawać zarobić ludziom, którzy sprowadzają auta zawodowo, bo jadąc samemu widzi się więcej i można zaoszczędzić trochę grosza.
Tym tokiem myślenia kierował się pan Grzegorz, który wybrał się z kolegami do Niemiec. W Norymberdze jest zagłębie komisów. Wydzielono tam część miasta, w której każdy centymetr kwadratowy wykorzystany jest do wyeksponowania samochodu. Codziennie tysiące aut wjeżdżają tam i znajdują nowych właścicieli. Lawety zaparkowane wzdłuż ulic zapełniają się "okazjami".
Na taką okazję liczył Pan Grzegorz. Wziął ze sobą kilka tysięcy euro i chciał kupić rodzinne auto z drugiej ręki. W oko wpadła mu toyota, która pojawiła się na placu w czasie, gdy oglądał on inne auta. Sprzedawca w komisie zapewniał, że samochód jest dobry i że można nim wracać na kołach. Po oględzinach okazało się, że rzeczywiście 10-letni samochód wygląda na zadbany, a cena, którą podał sprzedawca, jest okazyjna.
Pan Grzegorz zapłacił 2350 euro i dostał dokumenty. Opony zimowe zniknęły z bagażnika, ale pozostałe elementy wyposażenia były na miejscu. Umowa była taka, że za dwa dni przyjedzie laweta i zabierze auto. Nowy właściciel toyoty wrócił do Polski.
- Dzień później sprzedawca zadzwonił do mnie i powiedział, że są problemy z autem, bo ciąży na nim jakiś zastaw bankowy i nie można go sprzedać. Na początku byłem zaskoczony i stwierdziłem, że to niemożliwe, że jest jakiś zastaw, a w dokumentach nie ma o tym słowa. Oddzwoniłem do handlarza i próbowałem się z nim dogadać. Domyślam się, że ktoś złożył wyższą ofertę od mojej i większy zarobek skłonił sprzedawcę do kombinacji - opowiada pan Grzegorz.
Jak tłumaczy, w rozmowie sprzedawca użył kilku wykrętów i skończyło się na tym, że laweciarz ma oddać dokumenty, a wtedy zostaną zwrócone pieniądze.
- Poniosłem spore straty. Pierwszy wyjazd to około 300 euro, laweciarz za pomoc zażądał 50 euro, a teraz czeka mnie jeszcze kolejny wyjazd, bo muszę kupić auto. Lekko licząc jestem stratny na 2,5 tys zł - podsumowuje oszukany mężczyzna.
Historia naszego czytelnika powinna być nauczką dla wszystkich, którzy planują wyjazd po auto.
Nieuczciwi handlarze dla nawet niewielkiego zysku są w stanie innych narazić na straty. Przed zakupem auta warto rozważyć, czy nie lepiej zapłacić nieco więcej i kupić samochód w kraju. Dochodzenie swoich praw wobec działającej u nas firmy jest łatwiejsze niż próby porozumienia się z obcokrajowcem, który dzień wcześniej zapewniał, że wszystko jest w porządku.