Test: Rolls-Royce Wraith Black Badge – pośpiech jednak nie poniża

Przez pierwsze sto lat w autach z figurką Spirit of Ecstasy na masce chodziło przede wszystkim o dyskrecję, spokój i dojrzałość. Dzisiejsi bogacze oczekują jednak czegoś dokładnie odwrotnego, dlatego też Rolls-Royce wziął się za – o zgrozo – tuning swoich aut. Co z tego wynikło?

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) - test, opinia, prowadzenie, osiągi

Konflikt pomiędzy fanami, którzy oczekują jednego, a producentem, który robi coś innego, nie jest niczym nowym. Jak się okazuje, dotyczy nie tylko ewolucji produktów Apple'a, składu Juventusu czy rozwoju fabuły w sadze "Gwiezdnych Wojen", ale nawet tak zdawałoby się odpornej na przejściowe trendy marki jak Rolls-Royce.

W końcu jeśli ktoś miałby pozostawać niewzruszony na absurdy dzisiejszego świata, to właśnie zaszyty w należącej do księcia Richmond posiadłości Goodwood producent luksusowych samochodów, sprzedawanych po kilka milionów złotych za sztukę. Marka, która jest o tyle synonimem klasy i dobrego tonu, co też brytyjskiego konserwatyzmu i ekscentryzmu.

Wbrew pozorom jednak od momentu przejęcia marki przez BMW w roku 2003 Rolls-Royce przeszedł niesłychaną transformację. Jednym z jej efektów jest także zupełna zmiana grona klientów, którzy kupują auta z dwoma R na kierownicy. Fani chcieliby wierzyć, że Rolls-Royce'ami jeżdżą stateczni, starsi dżentelmeni z fajką w ustach i tweedowej marynarce. A raczej – są wożeni.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

Prawda jest jednak zupełnie inna. Równie dobrze co biznesmenów, którzy kupili sobie Rollsa z szoferem jako nagrodę na zwieńczenie kariery biznesowej, za kierownicami aut tej marki znajdziemy także obwieszonych łańcuchami raperów, młodych przedsiębiorców zajmujących się nowymi technologiami i kobiety. Ba, doszliśmy już do punktu, w którym są miejsca na świecie (jak Chiny czy Bliski Wschód), gdzie Rolls-Royce'ami jeżdżą dwudziestoparolatkowie. Dla niektórych z nich będzie to ich pierwsze własne auto.

Przy nadal stosunkowo limitowanej produkcji (pięć tysięcy aut w zeszłym roku – to i tak bezprecedensowy wynik spowodowany pojawieniem się SUV-a Cullinan) oznacza to, że Rolls-Royce posiada statystycznie najmłodszą grupę klientów z całej grupy BMW. Odkąd markę przejął niemiecki koncern, średnia wieku nabywców spadła z 55 do 43 lat. To mniej niż w przypadku BMW, a nawet zdawałoby się młodzieżowego Mini.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

Tylko nie mów tuning

Odmładzanie grupy docelowej Rolls-Royce'a można było zauważyć również po tym, że w różnych zakątkach świata zaczęły pojawiać się auta tej marki odważnie stuningowane przez takie firmy jak Mansory czy Wald. O gustach się nie dyskutuje, więc powiedzmy tylko, że samemu producentowi nie bardzo się to spodobało. Po pierwsze, nie podobała mu się sama estetyka tych projektów. Po drugie, nie podobał mu się fakt, że na dopasowaniu auta do życzeń właściciela zarabia ktoś inny.

Zobacz również: Mateusz kontra Mateusz: mierzymy Volvo XC90 z Land Roverem Discovery

Tak dochodzimy do modeli z serii Black Badge, które Rolls-Royce wydał na świat w roku 2016. Sam producent używa do ich opisu typowych dla siebie, okrągłych określeń, ale nazywając rzeczy po imieniu, to po prostu linia tuningowa. Rzecz wydawało się nie do pomyślenia w przypadku marki, której dotychczasowym wyznacznikiem była bezszelestna praca silnika (stąd nazwy modeli odnoszące się do duchów), i której przedstawiciele na pytania o moc silnika zuchwale odpowiadali, że jest wystarczająca.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

Transformacja Black Badge dostępna jest dla modeli wybieranych przez owych młodszych klientów, czyli Ghosta z krótszym rozstawem osi, Dawna, Wraitha i Cullinana. Cena takiego pakietu to około 200 tys. złotych. To co prawda wartość nowego samochodu klasy premium, ale klienci marki najpewniej nawet nie poczują różnicy w stanie konta. Taka kwota to jakieś 10 proc. ceny całego auta.

Za co się płaci dwa miliony złotych?

W przypadku prezentowanego Wraitha sprawa jest o tyle wyjątkowa, że coupe Rolls-Royce'a już wcześniej miało przyklejoną łatkę "dla młodych i zbuntowanych" (…i z kwotą kończącą się sześcioma zerami na koncie – chciałoby się dodać). Produkowany bez większych zmian już od 2013 roku model zadebiutował jako najmocniejszy (632 KM!) i najszybszy (4,5 sekundy do 100 km/h!) Rolls-Royce w historii.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

Złośliwi będą wyciągać na wierzch niewygodne, a bliskie pokrewieństwo Wraitha z jakże pospolitym na jego tle BMW serii 7 generacji F01. Wiele szczegółów, od systemu iDrive po przyciski na klapie bagażnika, zdradza przykry fakt, że i Rolls-Royce nie uciekł przed ograniczaniem kosztów poprzez korzystanie z gotowych, koncernowych rozwiązań. I to wcale nie tych najnowszych, bo pod względem zaawansowania multimediów czy asystentów prowadzenia więcej może dziś zaoferować przeciętny miejski kompakt.

Fenomen polega jednak na tym, że zza kierownicy Wraitha to nie ma żadnego znaczenia. Tu o wartości przesądzają inne kwestie niż w przypadku zwykłego samochodu, przez co Rolls-Royce'y nadal są z innej planety. Dla nich upływ czasu się nie liczy.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

Co więc buduje wartość Wraitha? Przede wszystkim już sam wygląd. Przy długości wykraczającej poza zwykłe miejsce parkingowe, na sylwetkę składają się po równi masywna, wysoko poprowadzona maska, para otwieranych pod wiatr drzwi i opadający łagodnie dach. Wraith budzi szacunek i pewien romantyzm już samymi proporcjami.

Teraz ręcznie wykonana figurka Spirit of Ecstasy i montowany pod nią grill w kształcie tympanonu greckiej świątyni mogą być wykończone modną czernią, podobnie jak cała reszta do tej pory lśniących chromem elementów i godnych hiphopowych teledysków, wykonanych częściowo z włókna węglowego obręczy kół w rozmiarze 21 cali. Z czarnymi dodatkami czy nie, ponad pięciometrowe coupe Rolls-Royce'a na pewno nie jest dyskretne.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

W środku tymczasem można otwierać buzię ze zdziwienia na widok niezmierzonej otchłani maski rozpościerającej się przed szybą i misternie wykonanego oświetlenia w suficie, które odzwierciedla układ nocnego nieba nad fabryką w Goodwood, włącznie z przelatującą gdzieniegdzie, spadającą gwiazdą.

To jednak, czym Rolls-Royce się naprawdę odróżnia od wszystkich pozostałych producentów aut na rynku, to autentyczny luksus. Podczas gdy już nawet Bentley w wielu miejscach przemyca klientom pomalowane na srebrno plastiki, we Wraithie wszystko, co wygląda na metal, naprawdę jest kawałkiem chłodnego, ciężkiego metalu – włącznie z tym masywnym grillem. Na pokrycie kabiny jednego auta zużywa się najlepsze kawałki skóry z nawet ośmiu byków wyhodowanych w miejscach, gdzie nie ma komarów i drutów kolczastych. Podczas gdy dziś jakiś zwykły samochód jest zmontowany w fabryce w kilka godzin, przygotowanie jednego Rolls-Royce'a dla klienta pochłania w sumie około stu dni pracy.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

Jest jeszcze kwestia indywidualizacji. Tu nie kończy się ona na innym kolorze dachu czy wzorze felg. Wbrew czerni w nazwie model z serii Black Badge można dostać w każdym kolorze. To jest – naprawdę każdym. "Standardowa" paleta obejmuje 44 tysiące odcieni, ale jeśli akurat żaden z nich szanownemu klientowi nie pasuje, producent usłużnie przygotuje pożądany lakier na podstawie wskazówek lub próbki. Raz pewna klientka przyszła do salonu z czerwoną szminką. Wyjechała autem w jej kolorze.

Pozory mylą

Najważniejsze zostawiłem na koniec: silnik. Podczas gdy wobec coraz ostrzejszych norm już mało która marka na świecie w ogóle porywa się na utrzymanie silnika V12 w ofercie, auta Rolls-Royce'a nadal napędzają wyłącznie takie silniki. Co lepsze, nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić, bo również najnowsze modele dostają unowocześnione jednostki tego typu.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

Mimo że za tym ogromnym (co w tym aucie nie jest ogromne?), niezmiernie skomplikowanym mechanizmem o pojemności 6,6 litra z 48 zaworami, czterema wałkami rozrządu i dwoma wielkimi turbosprężarkami stoją potężne osiągi, to zwyczajnie siedząc za kierownicą nie chce się z nich korzystać.

I to stanowi pewien problem, bo przecież Black Badge powstał po to, by dawać więcej emocji z bardziej ożywionej jazdy. Wraith w tej wersji rzeczywiście jest trochę bardziej zrywny ze względu na bardziej agresywne ustawienia skrzyni biegów. Obawiam się, że jest nawet ciut twardszy.

Takie zabiegi wydają się o tyle niezrozumiałe, że auto o chudziutkiej obręczy kierownicy nadal zachowuje niespotykanie wielki promień skrętu, przez który w Wraithie kierowca bardziej obiera kierunek jak na jachcie, a nie prowadzi. Paradoksalnie, silnik chyba nawet lepiej słychać w kabinie niż z zewnątrz. Gdy będziesz szedł chodnikiem i będzie Cię mijał rozpędzający się Wraith, nadal przede wszystkim usłyszysz szum opon i zobaczysz unoszący się ku górze przód wozu ze wznoszącą się ku niebu Spirit of Ecstasy.

Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020) (fot. Mateusz Żuchowski)

Gdy jednak wprawny kierowca rzeczywiście zmusi auto do zmieszczenia się w ciaśniejszych zakrętach, przekona się, że podwozie ustawione jest z wielkim znawstwem i starannością. Mimo że Wraith płynie nad nierównościami, to nie przechyla się zanadto przy zmianie kierunku jazdy, nie nurkuje przy hamowaniu i ogólnie nie traci kontroli nad prawami fizyki, nawet jeśli waży tyle co dwa kompaktowe SUV-y. Także pod tym względem Wraith potrafi dużo więcej, niż sugeruje. I to jest prawdziwy luksus.

Ostateczny efekt dla mnie osobiście może nie tworzy najlepszego Rolls-Royce'a w historii, ale niewątpliwie w pełni zaspokoi oczekiwania tych kilkuset młodzieńców, którzy co roku wybierają akurat tę wersję Wraitha. W końcu jeśli coś dla tej marki jest naprawdę nieprzemijalne, to właśnie zdolność do zaspokajania nawet najbardziej ekscentrycznych, wewnętrznie sprzecznych potrzeb bogatych klientów. Pod tym względem nic nie zmieniło się od czasów Silver Ghosta, którym znany na początku XX wieku hulaka T.E. Lawrence przemierzał podczas I wojny światowej północnoafrykańskie pustynie, i hipisowskiego Phantoma Johna Lennona umalowanego w psychodeliczne wzory. Mówię Wam: Rolls-Royce to nie tylko fajka i tweed.

Ogólna ocena9z 10

Plusy:

  • Niezrównany, najwyższy poziom rzemieślniczego wykonania
  • Niepodrabialny wygląd i klimat godny tylko Rolls-Royce'a
  • Osiągi nawet lepsze niż godne statecznego Rolls-Royce'a

Minusy:

  • Multimedia i inne nowinki techniczne na poziomie aut jedną-dwie generacje do tyłu
  • Częste wizyty na stacjach benzynowych
  • Opcjonalny pakiet Black Badge, który dla mnie popsuł idealny poziom komfortu i estetyki
Rolls-Royce Wraith Black Badge (2020)

Silnik i napęd:

Objętość skokowa: 6592 cm³  
Moc maksymalna: 632 KM przy 5600 obr./min  
Moment maksymalny: 800 Nm przy 1500–5500 obr./min  
Skrzynia biegów: automatyczna, 8-biegowa  
Osiągi:
  Katalogowo: Pomiar własny:
Zużycie paliwa (miasto): 22,2 l/100 km 26 l/100 km
Zużycie paliwa (trasa): 10,1 l/100 km 12,2 l/100 km
Zużycie paliwa (autostrada): ---l/100 km 16 l/100 km
Zużycie paliwa (mieszane): 14,6 l/100 km 20 l/100 km

Zobacz pełne dane techniczne Rolls-Royce'a Wraith na Autocentrum.pl

Obserwuj nas na Google News:

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy samochodów:

Audi Q7 po liftingu dogania resztę gamy. Wnętrze z A8 to nie wszystko Test: Jeep Cherokee z silnikiem GME 2.0 Turbo ma teraz mocny atut. Dosłownie 272-konny Jaguar XE 2.0 D Auto RWD Prestige - test, opinia, spalanie, cena Fiat Doblò 2.0 MultiJet Lounge - test, opinia, spalanie, cena BMW i4 M50 – to tego elektryka powinni się obawiać tradycjonaliści Audi S7 Sportback – grzeczniej się nie da? [test autokult.pl] Test Škody Kamiq: auto całkowicie nie dla mnie, ale nie zdziwię się, jeśli będzie hitem Renault Clio RS vs. Clio Sport F1 Team R27 [test] Nissan Juke 1,2 DIG-T Acenta - test Test: Dacia Logan pokazuje, że za ok. 50 tys. zł można kupić nowe, sensowne auto Test: Seat Leon 1.4 TSI po 150 tys. km - sporo wad, jeszcze więcej zalet i... żadnych awarii Škoda Citigo 1,0 MPI - niemieckie bliźniaki wchodzą do gry [pierwsza jazda autokult.pl]

Popularne w tym tygodniu:

Audi S8 z 2006 i 2021 roku. Sprawdzam, jak zmieniła się superlimuzyna z silnikiem z lambo Test: Volkswagen Passat W8 - poznałem "króla" w nieoczywistym, ale słusznym wydaniu Legendy Autokultu: napęd Toyota GT-Four. Przeganiam po torze rajdową Celicę i GR Yarisa Offroad Marcina: Mercedes EQC w terenie. Tak, ten elektryczny Test: Škoda Enyaq IV 80 to elektryk bezwysiłkowy. Po prostu wsiadasz i jedziesz Test: Range Rover Evoque D200 – dla tych, którzy są znudzeni niemiecką dominacją w segmencie Test wideo Ferrari 812 Competizione na torze Fiorano. Takie auto zdarza się raz w historii Test: Fiat 500 - napęd elektryczny zmienia mniej, niż myślisz Ineos Grenadier z prawego fotela na torze off-roadowym. Taki powinien być nowy Defender! Offroad Marcina: Volkswagen Touareg w terenie - zobacz, co to potrafi Test: hybrydowe Renault Clio – naprawdę "wącha paliwo" Test: BMW M440i xDrive Cabrio – sposób na relaks w słońcu