Okazało się, że dwa rodzaje akumulatorów to nie żaden błąd lecz świadome posunięcie Japończyków. Jak każdy samochód, również i nowy Prius jest sprzedawany w różnych wersjach wyposażenia, które oczywiście różnią się masą własną. Toyota by zrekompensować wyższą masę bogatej wersji posłużyła się lżejszym akumulatorem. Powód jest prosty – wyrównanie zużycia paliwa z wersją podstawową. Nowy Prius według danych producenta ma spalać 3,0 l benzyny na 100 km i emitować 70 g CO2 na km. Te parametry mają być stałe, a nie wzorem innych producentów przypisane tylko ogołoconej ze wszystkiego wersji podstawowej. Obliczono więc, że zastąpienie akumulatora niklowo-wodorkowego lżejszym o 16 kg akumulatorem litowo-jonowym wyrówna parametr zużycia paliwa najlepiej wyposażonego Priusa. Czym różnią się obie baterie?
Przede wszystkim budową i parametrami. 56-ogniwowy akumulator litowo-jonowy wytwarza napięcie 207,2 V, natomiast niklowo-wodorkowy składający się aż ze 168 ogniw nieznacznie niższe o wartości 201,6 V. Litowo-jonowy zajmuje przestrzeń 30,5 l, natomiast cięższy o 16 kg niklowo-wodorkowy 35,4 l. Jak zapewnia Toyota, klienci nie odczują różnicy, a i producent ma bardzo podobne koszty produkcji obu akumulatorów. Choć technologia niklowo-wodorkowa wydaje się nieco przestarzała, to Toyota zapewnia, że nowy akumulator ładuje się szybciej od poprzedniego o 28 proc., jest też 10 proc. mniejszy i 2,4 proc. lżejszy.
Toyota wykonała ciekawy ruch i jednocześnie świetny chwyt marketingowy w temacie, który obecnie jest na czasie – zużycie paliwa podawane przez producentów. Wyobraźcie to sobie: „Zawsze tak samo ekologiczna, niezależnie od wersji wyposażenia – nowa Toyota Prius!”Amerykanie na pewno kupią ten chwyt, co pomoże Toyocie odebrać kolejnych klientów największemu rywalowi światowemu, czyli Volkswagenowi, który zaliczył w tym roku dużą wtopę z silnikami TDI na tamtym rynku. Swoją drogą, ta sytuacja z akumulatorami Priusa przypomina trochę temat różnych pojemności zbiorników paliwa stosowanych przez niektórych producentów. Bodaj najbardziej znanym przykładem jest Mercedes, który seryjnie wyposaża swoje modele w mniejsze zbiorniki paliwa by podczas badania zużycia wyniki były nieznacznie lepsze, a za dopłatą oferuje już większe (czyt. normalne). Szkoda tylko, że mniejszy zbiornik paliwa nie sprawia, że samochód będzie rzeczywiście mniej spalał i realnie będzie miał ten sam zasięg.