Test: Volkswagen California T6.1, czyli zima w kampervanie i dziesięć porsche na lodzie

"Możesz spać w samochodzie, ale nie możesz pojechać domem"? Filozofia idąca za tym porzekadłem jest mi bardzo bliska. Jednak jak od każdej, tak i od tej reguły są wyjątki. Po prostu nie są dla wszystkich.

Volkswagen California T6.1

Volkswagen California T6.1 (Fot. Maciej Skrzyński)

Kawalerka czy karawelka?

Najmniejsze mieszkanie na świecie znajduje się w Krakowie i ma powierzchnię 2,5 m². Mieszkania tak zwanej klasy ekonomicznej w Japonii to około 6 m². Jasne, to skrajne przypadki. Weźmy w takim razie apartament w Warszawie. Według jednego z deweloperów oznacza to całe 17 m².

Volkswagen California, przez wielu wciąż błędnie nazywany "karawelką", z łóżkiem na piętrze ma zaledwie około 3 m² mniej i to nie licząc tarasu, jaki powstaje po zaanektowaniu powierzchni pod rozkładaną markizą. Okazuje się więc, że, czysto matematycznie, to naprawdę spore, dwupiętrowe mieszkanie. Co więcej, w pełni wyposażone: znajdziemy tu prysznic, kuchenkę gazową, zlew, łóżko oraz rozkładaną kanapę, stół, mnóstwo szafek, napęd na cztery koła, dwulitrowego diesla, klimatyzację i ogrzewanie postojowe, a także lodówkę i meble ogrodowe. Tak, brakuje jednego istotnego elementu, ale zimą ta czynność byłaby szczególnie uciążliwa, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Ten układ zapewnia naprawdę dużą wygodę, miejsca jest pod dostatkiem. Tylko obracanie foteli to katorga (fot. mat. prasowe/VW)

Tankuj wodę i ruszamy.

Plan był prosty — pojechać na zamknięty (ze względu na panującą pandemię) event w Austrii, licząc, że ładny uśmie… że uśmiech skruszy serca i otworzy bramy. W tym przypadku bramy lodowego toru wytyczonego na terenie lotniska w alpejskim kurorcie, ale o tym za chwilę. O godzinie 21 nasz zespół w stylu "Czterech pancernych i psa" wyruszył z Warszawy, a przewidywany czas podróży wynosił nieco ponad 11 godzin. Już od pierwszych kilometrów miałem wyjątkowe poczucie, jakie wśród współczesnych samochodów daje tylko jazda busem. Kojarzycie te wszystkie piękne, kolorowe zdjęcia po wpisaniu "roadtrip" w wyszukiwarce obrazów? "Life is a highway" włącza się na Spotify niemalże automatycznie.

Przesiadka ze zwykłej osobówki do kampervana ma pewną przypadłość. Chociaż z zewnątrz tego nie widać to, szczególnie podczas ciasnych manewrów czy jazdy przez miasto, możemy odnieść wrażenie jakbyśmy przeprawiali kontenerowiec przez Kanał Sueski. Jednak samo prowadzenie i obsługa różnią się w stopniu minimalnym. Chyba, że akurat tego samego wieczora wszystkie możliwe prognozy pogody zapowiadają silne wichury. Wtedy, ze względu na pudełkowate kształty, przedramiona spinają się nieco bardziej, a dłonie mocniej zacieśniają na kierownicy niż zrobiłyby to w Passacie.

Mimo wszystko przez zdecydowaną większość trasy udało się utrzymać prędkość 2,5-tonowej Californi w przedziale 120–130 km/h, a tym samym zejść ze spalaniem do poziomu poniżej dziewięciu litrów na 100 km.

Jazda w środku nocy ma swoje plusy - jest kompletnie pusto (Fot. Maciej Skrzyński)

Nocne godziny podróży zapewniły bezproblemowy przejazd, a świt już w alpejskim krajobrazie spowodował wrażenie teleportacji, wszak jeszcze przed chwilą byliśmy obok Pałacu Kultury i Nauki. Poza brakiem snu nie mogliśmy narzekać na fizyczne zmęczenie podróżą, mimo że do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego w samochodzie stworzonym do pokonywania długich dystansów fotele mają tak niewielką możliwość regulacji i brak pompowanego odcinka lędźwiowego. Z drugiej strony dwa podłokietniki to świetna sprawa, ale mógłbym z nich zrezygnować na rzecz nieodczuwania bólu pleców. No dobra, z jednego z nich.

Podobnie jest z tylną kanapą. Dzięki możliwości jej przesuwania jesteśmy w stanie zapewnić sobie mnóstwo miejsca na nogi (albo legowisko psa). Schodzi to jednak na dalszy plan, w momencie, gdy podróż odbywa się gdzieś dalej niż do Sosnowca. Wtedy często musimy poszukiwać nowych pozycji i kątów.

Taki widok o świcie potrafi pobudzić lepiej niż kawa (Fot. Maciej Skrzyński)

Na miejsce dojechaliśmy około 8:30. Szybko okazało się, że dostanie się choćby w okolice toru będzie w zasadzie niemożliwe, chociaż walczyliśmy o wejście z całych sił. Postanowiliśmy więc sprawdzić kluczową funkcjonalność Californii, czyli się przespać, a potem urządzić wycieczkę krajoznawczą. Pozwólcie jednak, że wykorzystam tą chwilę, aby opowiedzieć Wam…

Zobacz również: Test: Volkswagen ID.4 - na pewno 204 KM? Sprawdziłem to!

Co nas właściwie ominęło?

W dużym uproszczeniu: wyobraźcie sobie 10 (słownie: dziesięć) sztuk Porsche 550 Spyder. Następnie postawcie je na lodowym torze otoczonym alpejskimi szczytami. Teraz do każdego auta przymocujcie linę zakończoną człowiekiem na nartach. I wciśnijcie gaz do dechy. Brzmi abstrakcyjnie, wręcz niewyobrażalnie fantastycznie, a to jeszcze nie wszystko.

Od początku. Cofnijmy się na chwilę do roku 1941, kiedy Ferdynand Porsche postanowił kupić posiadłość Schüttgut w austriackim miasteczku Zell am See. Kurort był położony w dolinie nad jeziorem, a okoliczne drogi, w tym słynna Großglockner-Hochalpenstraße, doskonale nadawały się na jazdy testowe. Wkrótce rodzina Porsche spędzała tutaj coraz więcej czasu i miejsce stało się bliskie ich sercom. 10 lat później okazało się także niezwykle ważne dla całej historii rodu.

Ferry Porsche z synami, 1950 (fot. mat. prasowe/Porsche)

Pod koniec stycznia 1951 roku zmarł profesor Ferdynand Porsche. Jako miejsce spoczynku wybrał właśnie Zell am See. Rok później na skutym lodem jeziorze ustawiły się maszyny z Zuffenhausen. Odbył się pierwszy memoriał ku pamięci inżyniera: wyścig, w którym wyposażone w kolcowane opony auta rywalizują ze sobą ciągnąc na linach narciarzy. Kierowcy mieli do pokonania trzy okrążenia na liczącym niespełna dwa km torze. O dziwo nikomu nic się nie stało.

W ten sposób narodziła się tradycja, która trwała nieprzerwanie aż do lat 70. i, jak to zwykle bywa, pierwszego poważnego wypadku. Wraz z upływem lat zimy stawały się coraz lżejsze. Podczas feralnego wydarzenia pokrywa lodowa załamała się i jeden z kierowców utonął. Zaprzestano wyścigów… aż do teraz. Jeden z potomków Ferdynanda (ciężko określić, który dokładnie, ponieważ wszystkich chłopców w rodzie nazywano Ferdynand albo Wolfgang i rozrysowanie tego drzewa jest bardziej skomplikowane niż plan Wilczego Szańca) postanowił przywrócić widowisko do życia.

Wolfgang i Ferdi Porsche (fot. mat. prasowe/Porsche)

Z oczywistych względów zamarznięte jezioro zastąpiono ośnieżonym fragmentem pasa startowego lokalnego lotniska, na którym wytyczony został tor składający się w zasadzie z dwóch prostych i trzech efektownych łuków do latania bokiem na pełnym gazie. Oczywiście z narciarzami z tyłu, często w kłębach lecącego spod kół puchu. Na miejsce przywiezione zostały chyba wszystkie prasowe auta Porsche, ale także legendy motorsportu najróżniejszych marek, osobliwe projekty oraz wspomniane już Spydery, na myśl o których mimowolnie się uśmiechałem, a z którymi musiałem się pożegnać jeszcze zanim się przywitałem. Boli, co? Wróćmy do Californii.

Całkiem fotogeniczna bestia, szczególnie z namiotem w kolorze Red Strawberry (fot. Maciej Skrzyński)

Form over function? Nie w tym przypadku, a trochę szkoda.

Tym, co pierwsze wywiera dobre wrażenie w "volkshausie", to jego ustawność. W porównaniu do konkurencji, inżynierowie z Wolfsburga naprawdę dobrze przemyśleli kwestię rozlokowania poszczególnych elementów i wykorzystania przestrzeni. Przede wszystkim, aby przejść do kuchni nie trzeba wychodzić na zewnątrz, jak ma to miejsce np. w Fordzie Transicie Nuggecie (tam gotowanie odbywa się w bagażniku). Jest ona połączona z salonem i znajduje się między pierwszym, a drugim rzędem siedzeń, wzdłużnie do lewego boku auta.

Powyższe niesie za sobą dodatkowe korzyści – może tu przebywać więcej niż jedna osoba, posiłek przygotowujemy patrząc przez okno, a jeśli skorzystamy z rozkładanego stolika między fotelami, zyskujemy więcej miejsca do krojenia lub postawienia gotowego jedzenia.

Gotowanie z widokiem? Bezcenne! (fot. Maciej Skrzyński)

Każde z narzędzi: lodówka, kuchenka gazowa i zlew, są wyposażone w otwierany szklany blat, co pozwala na wygodne korzystanie według aktualnych potrzeb. Ponadto każda wolna przestrzeń została wykorzystana na schowek, nawet sufit nad częścią bagażnika.

Wróćmy na chwilę do lodówki, ponieważ część osób może się zastanawiać, czy rzeczywiście wystarczająco chłodzi. Powiem w ten sposób: pierwszy raz w życiu widziałem zamarzniętą mozzarellę. A wystarczyło nie wrzucać najwyższego biegu.

Całym osprzętem sterujemy za pomocą dotykowego panelu znajdującego tam, gdzie zazwyczaj otwiera się szyberdach. To tu ustawimy grzanie postojowe w konkretnych godzinach lub na cały czas, otworzymy namiot "na piętrze" czy też włączymy poszczególne lampki w samochodzie.

Widoki zachwyciły wszystkich uczestników podróży (fot. Maciej Skrzyński)

Za pomocą stopnia natężenia światła możemy zadbać o odpowiedni nastrój. I chociaż pod kątem całej tej funkcjonalności jest naprawdę dobrze, to jednak brakowało mi tutaj… architekta wnętrz. Zdaję sobie sprawę, że nie o to tutaj chodzi, ale przy cenie ponad 23 tysięcy złotych za m² chciałbym, żeby to była bardziej Ikea, aniżeli Agata Meble. Prościej i bardziej ponadczasowo.

Skoro parapetówka za nami, to czas na drzemkę i można ruszać na zwiedzanie okolicy.

Napęd na cztery koła nie miał okazji się popisać, ale w tych warunkach dobrze wiedzieć, że ktoś trzyma cię za rękę (fot. Maciej Skrzyński)

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma

O ile stereotypowy alpejski krajobraz to metrowe zaspy, między którymi przedzierają się auta z nartami na górze i równie wysokie kopy na dachach drewnianych chatek, to bliżej do takich obrazków było w polskich Tatrach. Oczywiście, w górnych partiach austriackich Alp było pod dostatkiem białego puchu, jednak łąki i pagórki okalające Zell Am See bardziej przypominały wczesną wiosnę z utrzymującym się jeszcze ostatnim śniegiem. Nie pozostało nic innego niż wspinaczka. I tak oto nasza weekendowa teleportacja stała się jeszcze bardziej surrealistyczna.

W pewnym momencie poczuliśmy się jak na innej planecie (fot. Maciej Skrzyński)

Zjeżdżając po nieco mniej przygotowanej, częściowo zaśnieżonej, a częściowo oblodzonej trasie, mogłem sprawdzić działanie asystenta zjazdu. Choć sytuacja tego nie wymagała, to muszę przyznać, że dla osób, które niekoniecznie lubią jazdę w takich warunkach system stanowi gwarant większego spokoju. Rozkład sił hamowania na poszczególne koła i utrzymywanie prędkości w zależności od spadku pracują tutaj na piątkę.

Dzień minął pod znakiem "o, tam jest ładnie, jedziemy", więc po zmroku, około 18:30, postanowiliśmy wybrać się na zakupy. I tutaj pojawił się problem, o którym zawsze zapominam będąc za granicą – godziny otwarcia. Wiecie, narzekamy na wiele aspektów życia w Polsce. I chociaż nie mówię, że niesłusznie, to po przejściu na przysłowiową "drugą stronę płotu", okazuje się, że mamy też mocne strony. Jedną z nich jest właśnie możliwość zrobienia zakupów w zasadzie o każdej porze.

Żabek jest więcej niż koszy na śmieci, a wszystkie stacje są czynne 24/7 i w dodatku bez wyjątku zaznaczone na Google Maps. Tutaj jedyną nadzieją okazał się bezobsługowy kiosk z paroma przekąskami, napojami i… wódką, na który trafiliśmy zupełnym przypadkiem. Ciekawe, czy Szwajcarzy też mają na co narzekać. Tak czy inaczej, szybki weekend w Alpach zaliczony. Śnieg, wspinaczka po serpentynach i wiener schnitzel odhaczone. Wracamy do domu.

(fot. Maciej Skrzyński)

Dwa dni później…

"Kochanie, nad morzem teraz pusto, minimalistyczny krajobraz, miło byłoby przejść się po plaży z psem". Dlaczego? Bo można. W końcu wystarczy dojechać. O dowolnej godzinie, zero pośpiechu. Wystarczy rekonesans miejsc, w których dobrze będzie przystanąć i wypić rano kawę z widokiem na morze lub zatokę, a potem w ciepłym aucie, pod kocykiem, pozostanie tylko instagramowy chill z serialem i soczystymi falami za oknem.

Po dwóch godzinach "jazdy" na Street View zapisanych mamy 5 lokalizacji. Trwa szczyt braku sezonu, więc nie trzeba się martwić o tłok. "Siódemka" niemalże skończona, po pięciu godzinach będziemy na Helu. Czy mogłoby być lepiej?

A pamiętam jeszcze te wielkie, składane mapy moich rodziców... (fot. Maciej Skrzyński)

Miejsce 1: O, wszystko rozkopane, ciężarówki zabierają piach, pewnie na Mierzei Wiślanej im się skończył, hehe.
Miejsce 2: Tu też rozkopane? Znowu te ciężarówki!
Miejsce 3: Ciężarówki, zawracamy.
Miejsce 4: Tego szlabanu tutaj nie było…
Miejsce 5: …tych drzew też nie.

Nie ma tego złego, w końcu to spontan, coś znajdziemy. I tak oto przez następne dwie godziny używałem w samochodzie funkcji, którą do tej pory uznawałem za przerost formy nad treścią. Wyświetlanie nawigacji na zegarach pozwoliło zwiedzić każdą najmniejszą dróżkę prowadzącą nad wodę w celu znalezienia idealnego miejsca spełniającego oczekiwane kryteria.

Z Alp prosto nad Bałtyk. Bo czemu nie? (fot. Maciej Skrzyński)

Dwie godziny później zależało nam już tylko na jakimkolwiek miejscu, więc najwyższa pora, żeby wdrożyć plan awaryjny, czyli po prostu kemping. Tak, po chwili to do mnie dotarło. Przecież jest "szczyt braku sezonu". Wszystkie kempingi, szkółki, wypożyczalnie, wata cukrowa i monster trucki zostały zabite dechami lub przykryte starą plandeką z żuka z wyblakłym, uśmiechniętym pomidorem. I chociaż na przestrzeni ostatnich lat sporo się w tej kwestii zmieniło, to nadal zostało jeszcze mnóstwo pracy, aby te małe miasteczka, kryjące naprawdę dużo uroku, stały się równie ładne, co polskie plaże i wydmy.

Poza sezonem nie jest łatwo o miejsca jak z katalogu (fot. Maciej Skrzyński)

Tymczasem w domu na kółkach nastała klasyczna sytuacja typu "dwie wiadomości". Dobra była taka, że znaleźliśmy miejsce. Po kilku kursach przepięknym odcinkiem Hel-Jastarnia zatrzymaliśmy się w końcu około godziny 22:30 na parkingu przy zatoce. Woda obok, a na plażę to się przecież dojdzie. Zła natomiast, że przestało działać ogrzewanie postojowe. Niestety wszystkie możliwe sposoby jego naprawy okazały się nieskuteczne. Nawet magiczne "wyłącz i włącz". Ekran sterowania wskazywał jedynie komunikat: auxiliary heating error. Co więcej, nie mogliśmy nawet wyłączyć lodówki, w której do dyspozycji pozostał zamarznięty jogurt i kolejny ser, którym można było kogoś zabić. "Hej Siri, otwórz booking.com".

Przy okazji dotarliśmy w ciekawe miejsca, których inaczej w życiu byśmy nie znaleźli (fot. Maciej Skrzyński)

To nie samochód, to styl życia

Teraz będzie najlepsze. Po tym zdaniu i dotychczasowych doświadczeniach możecie się zastanawiać co teraz – okradli ich, złapali gumę, czy może spadł na nich fortepian? Nic bardziej mylnego. Powinienem być zdenerwowany, zawiedziony i wylewać teraz gorzkie żale, a zamiast tego czułem pełen spokój. Owszem, fizycznie było to trochę męczące, ale psychicznie wypoczywałem bardziej niż siedząc gdzieś pod palmami. Podczas tego intensywnego tygodnia z Californią nie wyszedł nam w zasadzie żaden z planów, a z jakiegoś dziwnego powodu w żadnym stopniu nie ucierpiało nasze samopoczucie i zwyczajnie dobrze się bawiliśmy.

Kubeczki przypominają od czego to wszystko się zaczęło (fot. Maciej Skrzyński)

Ta specyficzna beztroska, jaką czuje się właśnie podczas podróży busem, pozwala dojść do wniosku, że nieważne jest, jakim California jest samochodem, ale dla kogo została stworzona. Bo tak naprawdę, mówiąc zupełnie wprost, żeby czerpać z tego satysfakcję, trzeba mieć trochę wywalone. Być lekkoduchem, który nie trzyma się kurczowo oczekiwań. Choć brzmi to banalnie, to naprawdę chodzi tu o podróż samą w sobie, a nie jej cel. Chodzi o to, żeby móc zatrzymać się jeden dzień dłużej w miejscu, na które przypadkiem się natknęliśmy. Mając takie auto, z tyłu głowy bez przerwy kołatać będzie się myśl "czemu ja tu siedzę, skoro mogę być gdziekolwiek". To w żadnym wypadku nie jest samochód dla wszystkich, tak jak ten tekst nie jest pełnoprawnym testem dla speców od karawaningu. Jedno i drugie odbiega nieco od ogólnie przyjętych standardów.

Ten widok nie wymagał dopłaty (fot. Maciej Skrzyński)

Aha, ostatecznie następnego dnia przed wyjazdem udało się złapać chwilę upragnionego luzu tuż przy wodzie. Wystarczyło nagrzać wcześniej samochód i zaparzyć herbatę. Bus jest trochę jak parawan, tylko większy i na olej napędowy.

Ogólna ocena8z 10

Plusy:

  • Rozkład dobrze wpływa na ilość miejsca i funkcjonalność wnętrza,…
  • Intuicyjne sterowanie funkcjami kempingowymi…
  • Wyciszenie kabiny oraz spasowanie "mebli" zapewniają wysoki komfort podróży…
  • Zamykane schowki niemal w każdym zakamarku
  • Niskie spalanie zgodne z deklaracją producenta
  • Wakacyjne samopoczucie już od pierwszych kilometrów

Minusy:

  • … ale sam wystrój mógłby być nieco ładniejszy
  • … o ile działają
  • … poza fotelami i tylną kanapą, które pozostawiały nieco do życzenia
  • Apple CarPlay miewał swoje momenty
VOLKSWAGEN CALIFORNIA T6.1 OCEAN (2021)
Pojemność silnika: 1 968 cm³
Rodzaj paliwa: Diesel
Skrzynia biegów: Automatyczna, 7-biegowa
Moc maksymalna: 204 KM przy 4000 rpm
Moment maksymalny: 450 Nm przy 1400–2250 rpm
Prędkość maksymalna: 199 km/h
Pojemność baku: 70 l
Spalanie:
Średnie zużycie paliwa (katalogowo): 8,53 — 10,76 l/100 km
Zmierzone średnie zużycie paliwa: 9,1 l/100 km
Ceny:
Model od: 311 030 zł
Wersja napędowa od: 364 215 zł
Cena testowanego egzemplarza: 410 414 zł

Obserwuj nas na Google News:

Podziel się:

Przeczytaj także:

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Pokaż wszystkie komentarze

Także w kategorii Testy samochodów:

Nowe Suzuki Swift Sport to kiepski hot hatch, ale za to świetne GTi Porównanie: Mercedes-AMG GT 4-door Coupé 63 S kontra Porsche Panamera Turbo S na Torze Modlin – królowie toru, królowie życia Volvo XC60 D3 2.4D AWD Ocean Race – ocean spokoju [test autokult.pl] Pierwsza jazda: Mazda MX-30 to auto dla tych, którzy dobrze wiedzą, czego chcą Wszystkie testy samochodów Autokult.pl w roku 2014 Test: Seat Leon Sportstourer 1.5 TSI - (bolesne) zderzenie teorii z praktyką Opel Ampera - test Test Mitsubishi Outlandera PHEV: nie wszystko poszło w dobrym kierunku Pierwsza jazda: Audi Q5 po liftingu - drobne poprawki udanego projektu Nowe Audi RS4 kontra RS6 - test, opinia, spalanie, cena Test wideo: Hyundai Kona FL - po liftingu wyposażenie potrafi zaskoczyć Test wideo: Nissan Micra 1.0 T-GDI - w gąszczu konkurencji

Popularne w tym tygodniu:

Test: Rolls-Royce Phantom VIII series II - gdy 2,5 mln zł to uczciwa cena Test: Ford GT40 oraz GT – stanąłem oko w oko z legendą Le Mans i jego współczesnym odpowiednikiem BMW M3 xDrive vs BMW X3 M: ile dziś zostało z legendy M? Test: Volkswagen ID.4 GTX - może i błyszczy, ale nie z tym oprogramowaniem Test: Peugeot 408 – tego nikt się nie spodziewał Pierwsza jazda: Citroën C5 Aircross po liftingu. Po pierwsze wygoda Test: Citroën C5 X – bardzo ciekawe auto z wieloma "ale" Pierwsza jazda: Škoda Fabia 1.5 TSI Monte Carlo - szkoda, że zabrakło "manuala", ale problem leży gdzie indziej Test: Volkswagen California T6.1, czyli zima w kampervanie i dziesięć porsche na lodzie Pierwsza jazda: Nissan Juke Hybrid – no i mamy silnikowy pomost Test: Dacia Jogger z LPG — trudno o rozsądniejszą propozycję dla rodziny. I to mimo skromnej mocy Test: SsangYong Korando z LPG - złoty środek? Z pozoru tak, gdyby nie jedno duże "ale"