Pomóż nam tworzyć Autokult! Co chcesz tu zmienić?

Test: Volvo P1800 - przykład zwycięstwa głosu serca nad rozsądkiem

Chociaż nie był najbardziej dochodowym modelem, P1800 jest jednym z ważniejszych w historii marki. Nie tylko odmienił los sportowych aut Volvo, ale na tle dzisiejszego wizerunku producenta, jest dowodem, że odrobina szaleństwa w morzu rozsądku nie zaszkodzi. A nawet może pomóc.

Spójrzcie tylko na te tylne błotniki - czysta finezja

Spójrzcie tylko na te tylne błotniki - czysta finezja (fot. Konrad Skura)

Mówiąc "Volvo", pierwsze co przychodzi na myśl, to bezpieczne duże kombi o nieszczególnie porywającej stylistyce, przypominające swoim kształtem pewien prostopadłościenny materiał budowalny. Samochód dla rozsądnego i statecznego lekarza czy architekta, który zapakuje do niego całą rodzinę, psa i pojedzie na wakacje.

W ostatnich latach nieco się w tej kwestii zmieniło. Nie tylko za sprawą większej liczby SUV-ów, ale też trafionych decyzji chińskiego Geely, które od 2010 r. jest w posiadaniu szwedzkiej marki. Volvo w swojej historii poza nieocenionym wkładem w bezpieczeństwo ma także kilka rozdziałów, gdzie typowo skandynawski racjonalizm został przyćmiony przez głos serca, potencjalną potrzebę rynku, ambicje i chęć realizacji marzeń. Jednym z tych rozdziałów jest Volvo P1800, który niewiele brakowało, a w ogóle by nie powstał.

Volvo P1800

Szwedzka zawziętość

Pierwsze podrygi powstania samochodu sportowego Volvo, miały miejsce w latach 50. To wtedy Assar Gabrielsson, jeden z założycieli marki, pojechał do USA celem zbadania rynku, na który wkrótce miało wkroczyć Volvo. Tam zauroczył się nie tylko sportowymi roadsterami, ale także firmą Glasspar, która produkowała kadłuby łodzi i nadwozia samochodów z tworzyw wzmacnianych włóknem szklanym.

W 1953 r. wydał polecenie zbudowania sportowego roadstera z nadwoziem z włókna szklanego. Pierwszy prototyp powstały rok później, był daleki od standardów jakości do tej pory prezentowanych przez Volvo, a co gorsza, brakowało mu sportowego sznytu. Po poprawkach samochód wszedł na rynek pod nazwą Sport (znane też jako P1900). Miał 1,4-litrowy, wzmocniony do 70 KM silnik z PV444 i choć nie narzekał na brak zainteresowania, chętnych do zakupu brakowało, m.in. z powodu ceny.

Volvo P1800

Historia modelu skończyła się po wypuszczeniu 67 egzemplarzy (mówi się o 68, ponieważ najprawdopodobniej dwa auta dostały ten sam numer VIN), gdy Gunnar Engellau, nowy szef Volvo, wziął roadstera na weekend i po powrocie kazał natychmiast wstrzymać produkcję auta. Poza tym, że nadwozie nie było wystarczająco sztywne, dalej występował problem z jakością. Engellau podsumował go słowami: "To nie był kiepski samochód, ale kiepskie volvo".

Mimo porażki chęć zaistnienia w świecie sportowych aut nie zgasła. Wymagała jednak rozpoczęcia prac od początku, z nowymi założeniami. Porzucono nadwozie z włókna szklanego, zamiast roadstera, postawiono na klasyczne coupe, a technicznie samochód miał być spokrewniony z Amazonem, bazując na jego skróconej płycie.

Niestety zakręcająca listwa, ze względu na duży koszt, została w 1967 r. zamieniona na prostą

Następca miał być swoistym magnesem, który przyciągnie potencjalnych klientów do witryn salonów. Dlatego Engellau, kładąc duży nacisk na design, zwrócił się do Włochów, a dokładnie do studia Pietra Fruai, by przygotowano kilka projektów. Tak się złożyło, że jednym z najmłodszych projektantów, świeżo upieczonym absolwentem Pratt Institute w Nowym Jorku, był Pelle Peterson – syn Helmera Petersona, któremu powierzono pracę nad nowym modelem.

Zobacz również: Volvo XC40 P8 Recharge: pierwszy test pierwszego elektryka Szwedów

Tuż przed spotkaniem, na którym Engellauowi miały zostać przedstawione cztery projekty, Helmer Peterson dołączył piąty rysunek, autorstwa swojego syna. Pewnie domyślacie się, który projekt przypadł zarządowi do gustu. Nadwozie wyróżniało się subtelnymi, wyrafinowanymi i eleganckimi liniami, a proporcje sylwetki odzwierciedlały wyobrażenia Engellaua.

Volvo P1800

Intryga wyszła jednak na jaw, co rozwścieczyło szefa Volvo. Mimo że projekt przeszedł, Engellau obiecał młodemu projektantowi, iż ten nie zostanie uznany za autora. Dopiero po latach Pelle Peterson zyskał należny mu szacunek i uznanie, za zaprojektowanie jednego z najpiękniejszych coupe w dziejach.

Za napęd miał posłużyć nowy silnik B18 o pojemności 1,8 litra i mocy 100 KM, współpracujący z 4-biegową skrzynią z nadbiegiem. Przy masie auta ok. 1100 kg, jednostka nie zapewniała oszałamiających osiągów, ale z czasem przyspieszenia do setki ok. 11 s nie miała się też wówczas czego wstydzić. Do 1958 r. zbudowano trzy prototypy i co ciekawe, wszystkie dotrwały do dziś. Pojawił się jednak problem.

Volvo P1800

Volvo nie dysponowało wówczas wieloma fabrykami, przez co moce produkcyjne były ograniczone i skupione na bardziej dochodowych modelach. Rozpoczęto poszukiwania podwykonawcy. Jednym z kandydatów był niemiecki Karmann, z którym rozmowy były już na tak zaawansowanym etapie, że planowano rynkowy debiut pod koniec 1958 r. Kiedy o wszystkim dowiedział się Volkswagen, główny klient Karmanna, z obawy przed konkurencją ze strony P1800 zagroził wycofaniem swoich zleceń, jeśli Karmann przyjmie ofertę Volvo. Dalsze poszukiwania kończyły się fiaskiem. Z braku możliwości produkcyjnych rozważano nawet zakończenie projektu.

W końcu udało się nawiązać współpracę z brytyjskim Jensenem. Nadwozia miały powstawać w Pressed Steel w Szkocji, a cały montaż w West Bromwich. Wreszcie sprawy znalazły się na odpowiednim torze. Z Brytyjczykami zakontraktowano produkcję 10 tys. samochodów, w 1960 r. na targach w Brukseli pokazano ostateczną wersję P1800, a rok później samochody trafiły do pierwszych klientów. Chętnych do zakupu było znacznie więcej, niż w przypadku poprzednika, chociaż cena wcale nie była niska – P1800 było nieznacznie droższe od Mercedesa 190 SL z twardym dachem. Ale za to, jak wyglądało. Przyznacie, że wcale nie odstaje od ówczesnych produktów spod znaku Ferrari czy Maserati.

W późniejszych latach, w serialu święty grał nawet P1800, który należał do samego Rogera Moore'a

Samochód zdobył rozgłos m.in. dzięki karierze serialowej. Twórcy "Świętego" szukali pojazdu, którym miałby poruszać się główny bohater, grany przez Rogera Moore’a. Samochód musiał mieć sportową sylwetkę, a jednocześnie zadawać szyku i zachwycać klasą. Tak się złożyło, że samochód Volvo debiutował w tym samym momencie co Jaguar E-Type. Brytyjczykom niepotrzebna była jednak dodatkowa reklama, dlatego odrzucili ofertę. Producenci serialu zwrócili się więc do Volvo, które przyjęło propozycję, a P1800 bardzo szybko stało się sławne.

Gdy wydawało się, że to koniec przeciwności losu, jak bumerang wrócił problem, który zrodził się jeszcze przy P1900 – jakość produkcji i samego auta. Po niespełna 3 latach i tylko 6 tys. wyprodukowanych sztuk Szwedzi zakończyli współpracę z Jensenem i przenieśli produkcję do siebie. Z tej okazji model zyskał literę "S", ale bynajmniej nie ze względu na sportowe aspiracje. "S" oznaczało "Sverige", czyli Szwecję. Coś jak z maluchu "p" po "126".

Przy okazji przeniesienia montażu podniesiono moc silnika o 8 KM, a na słupku C zabrakło wytwornego napisu "Volvo". W następnych latach poza kolejnym wzrostem mocy, drobnymi zmianami w galanterii czy wymianą zderzaków, pod koniec lat. 60. miejsce dotychczasowej jednostki zajęła większa, 2-litrowa, którą później wyposażono w elektroniczny wtrysk paliwa. W szczytowym momencie P1800 miało ponad 120 KM, osiągało setkę w 9,5 s i rozpędzało się do 200 km/h.

Piękny detal, który niestety szybko zniknął

Wspaniały nie tylko od święta

Choć wczesne egzemplarze były gorsze jakościowo, to właśnie one są najsmaczniejszymi kąskami dla kolekcjonerów i osiągają często dwukrotnie wyższe ceny, niż późne wersje z wtryskiem. Egzemplarz, który widzicie na zdjęciach, wyjechał z fabryki w 1961 r. jako 1656. i pochodzi właśnie z epoki "jensenowskiej". Mało tego, jest jednym z najstarszych egzemplarzy jeżdżących w Polsce. A fakt, że piszę o nim teraz, nie jest przypadkowy.

Powodów jest kilka. Jednym jest 60-lecie debiutu samego modelu, drugim – czerwony jak sanie świętego Mikołaja lakier, a trzecim fakt, że pierwszy właściciel wyjechał nim z salonu w Kanadzie dokładnie 24 grudnia 1961 r. czyli… 60 lat i 1 dzień temu. Przez ten okres samochód wiele razy zmieniał właścicieli – najpierw trafił w 1993 r. do Norwegii, by w 2007 r. przyjechać do Polski i zwiedzić Małopolskę, później Śląsk, aż wreszcie trafił w 2018 r. w ręce Adriana i jego taty z okazji okrągłych urodzin.

Chociaż montaż został przeniesiony z zakładów Jensena do Szwecji, produkcja nadwozi była kontynuowana w Szkocji aż do 1969 r., kiedy zdecydowano, że cały samochód będzie już montowany w ojczyźnie Volvo

Samochód miał być w stanie nadającym się do normalnego użytkowania, ale okazało się, że wymaga wiele pracy. Padła więc decyzja o remoncie, który objął nie tylko blacharkę, ale także elementy mechaniczne i przywrócenie wnętrza do stanu fabrycznego. Co ciekawe, ten egzemplarz ma w dokumentach wpisane… dwa numery VIN – jeden nabity na nadwoziu w Szkocji, drugi u Jensena na montażu. Wspominałem już, że Volvo nie było zbyt zadowolone ze współpracy z Brytyjczykami?

Volvo było drugim autem klasycznym, które pojawiło się w naszym garażu. Oczywiście był to zakup kierowany sercem. Tata od kilku lat opowiadał, że jest to jego zdaniem jedno z najpiękniejszych aut, jakie powstało. Linia samochodu jest cudowna i to w niej ja również się zakochałem. Nie w osiągach czy precyzji prowadzenia, a właśnie w designie, który przenosi wprost do lat 60. To auto stworzone do bezcelowych podróży i wywoływania uśmiechów na twarzach przechodniów i innych kierowców. Dość prosta konstrukcja pozwala cieszyć się bezawaryjną jazdą. W 2019 r. autem przejechaliśmy ok. 3 tys. km, które dały nam wspaniałe wspomnienia. Przekręcając kluczyk w stacyjce, za każdym razem pojawia się uśmiech i radość.

Adrian — właściciel

Stając oko w oko z Volvo P1800, w mojej głowie kłębiła się myśli: "gdzie ewolucja zrobiła błąd, że Szwedzi od tego wytwornego dzieła na kołach, przeszli do produkcji ciosanych siekierą kombi". Pokazując zdjęcie samochodu przypadkowym osobom, wskazywali oni jednogłośnie na włoskie pochodzenie auta. A przecież pojazdy z Italii, zarówno wówczas, jak i przez następne dekady uchodziły za szczyt sztuki samochodowej.

Każdy kawałek chromu jest jak subtelny makijaż, mający nie zatuszować, a wyeksponować to, co najlepsze. Jeśli miałbym zdecydować, moim ulubionym elementem jest zakręcająca listwa idąca od reflektora, przez cały bok, aż do szczytu tylnego błotnika.

Volvo P1800

Chociaż samochód określany jest jako sportowy, bulwarowe warunki zdecydowanie bardziej mu pasują. To jedno z tych coupe, którymi masz ochotę przejechać całe miasto wzdłuż i wszerz w ciepły wieczór przy otwartym oknie, siedząc na miękkim, nisko osadzonym fotelu, niespiesznie zmieniając biegi i od czasu do czasu wrzucając silnik na wyższe obroty, by posłuchać jego chrapliwego, lekko metalicznego odgłosu.

Za takimi warunkami opowiada się także nieskomplikowane i wygodne oraz sprężyste zawieszenie oparte na poprzecznych wahaczach z przodu i sztywnym moście na sprężynach z tyłu, które delikatnie bujało, gdy zjeżdżaliśmy z Adrianem brukowanym fragmentem ul. Karowej w Warszawie. Wolniejsza jazda pozwala delektować się wnętrzem – dobrze rozplanowanym, szalenie eleganckim i bogatym w misterne detale.

Volvo P1800

100-konny silnik nie zapewni co prawda szybszego bicia serca, ale od pierwszych chwil po uruchomieniu słychać, że drzemie w nim prawdziwa pasja zasilana dwoma gaźnikami. Dziś 4-cylindrowa jednostka o takiej mocy nie robiłaby na nikim wrażenia. W szczególności nie na odbiorcach onieśmielającego coupe. Mimo to P1800 ciepło zostało przyjęte w Ameryce Północnej, gdzie, jak sami wiecie, dominowały odrobinę większe silniki.

Jak przystało na wolnossącą jednostkę, B18 z gracją nabiera obrotów, osiągając pełne 147 Nm przy 4 tys. obr./min. Ale nie oczekujcie tutaj opisu odczuć niczym ze startu wahadłowca. Ten samochód nie ma na celu wywoływać skrajnych emocji. On służy do rozkoszowania się jazdą, zapachem, dotykiem. Po prostu daną chwilą. Od samego początku zamysłem Volvo było stworzenie samochodu, który wygląda jak ferrari, ale jeździ i kosztuje jak volvo.

Co ciekawe, o zaprojektowanie nadwozia ES Volvo zwróciło się znów do studia Frua'i, ale ich projekty były zbyt futurystyczne. Dlatego postawiono na propozycję... własnego projektanta Jana Wilsgaarda

P1800 zasłużyło się marce z wielu powodów. Jednym jest udział w serialu, który przyniósł modelowi, a w następstwie także całemu Volvo, większą popularność. Coupe spełniło rolę "halo-cara" wręcz wzorowo. Swój ślad odcisnął również późniejszy model, P1800ES (debiutujący w 1971 r.), któremu co prawda zarzucano zbytnie podobieństwo do Relianta Scimitara, jednak jest on uważany za jednego z popularyzatorów nadwozia shooting brake, a jego całkowicie szklana, pochylona klapa bagażnika była inspiracja dla takich modeli jak 480 czy C30.

Nie da się także zapomnieć o historii pewnego nowojorczyka, Irva Gordona, który swoim volvo P1800S z 1966 r. przejechał… 3 mln mil. Tak, dobrze czytacie. Zakładając, że średnia prędkość z całego dystansu wynosiła 45 km/h, Gordon spędził za kierownicą ok. 12 lat. Pokonując 4,8 mln km, ustanowił w 2013 r. Rekord Guinessa, który zresztą od 1998 r. i tak należał do niego. Niestety Gordon zmarł w 2018 r., podczas podróży volvo po Chinach.

Historię P1800 kończy model ES. - w 1972 r. zakończono produkcję coupe, a cieszące się zainteresowaniem w USA P1800ES było produkowane rok dłużej, do momentu wejścia w życie zaostrzonych przepisów dotyczących bezpieczeństwa i konstrukcji zderzaków. Szwedom nie opłacało się inwestować w zmiany, dlatego zakończyli produkcję wypuszczając ponad 39 tys. coupe i ponad 8 tys. ES-ów

Zwieńczeniem tych wszystkich sukcesów jest obłędny design, godny najznamienitszych włoskich stylistów, ale autorstwa Szweda. Sylwetka podkreślona wspaniałymi kształtami, chromami i wytwornymi detalami kradnie i dziś równie dużo spojrzeń, co wielokrotnie mocniejsze i droższe superauta. Nie ma wątpliwości, że Volvo P1800 należy do grona najpiękniejszych aut na świecie, a ustawiając go wśród późniejszych rozważnych i poniekąd nijakich kombi, jest jak łabędź w stadzie brzydkich kaczątek. I oby przeżył kolejne 60 lat i jeden dzień dużej.

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy samochodów:

Nowy Ford Focus ST 2.0 EcoBoost - test, opinia, spalanie, cena Test Jeepa Grand Cherokee 5.9: w 1998 roku najszybszy SUV świata, dziś koi umysł i poprawia koncentrację Peugeot 508 SW BlueHDI 180 GT: wariant rodzinny, prawie idealny Volvo V60 Cross Country: na przełaj z fasonem Test: Renault Arkana - atak na premium Test: 18 rzeczy, których nie wiedziałeś o nowym Mercedesie Klasy S Test Porsche Cayenne Turbo S E-Hybrid Coupé. Gdy musisz mieć wszystko Ford Fiesta 1.0 EcoBoost Black Edition - test, opinia, spalanie, cena Ford Ranger Raptor: test sportowego samochodu terenowego Toyota Prius I: samochód, który wyznaczył kierunek w XXI wieku Techniczne poprawki w gamie Audi A4. Większy nacisk na oszczędność i diesle Nissan Juke 1,2 DIG-T Acenta - test

Popularne w tym tygodniu:

Test: Peugeot 308 BlueHDI – cofnąłem się w czasie, by pojeździć dieslem. Ma wielką zaletę i nie chodzi o zasięg Test: FSO 125p Pick-up - miał być eksportowym hitem, ale wyszło jak zwykle Test: Audi S8 po liftingu - luksus nie musi iść w parze z niesmaczną ostentacją Test: Porsche 911 (992) Turbo S vs 911 (997) Turbo - dwaj tytani, którzy kończą swoje epoki. Swoją magię odkryli w Beskidach Test: Mercedes-AMG GT 63 S E Performance - tak jeździ i ryczy hybryda jeśli ma 843 KM! Test: Ford Mustang California Special - powrót po 7 latach za kierownicę legendy Test długodystansowy: Ford Mustang Mach-E AWD 98 kWh. Dzień dobry! Test: Renault Master piwoplan firmy Plandex - bo widelcem nie da się jeść zupy Test: Volkswagen Taigo - logiczna alternatywa dla Polo, kiedy chcesz wydać 100 tys. zł Test: Mazda MX-5 z systemem KPC na przełęczy Salmopolskiej Test: Toyota RAV4 Adventure - czegoś mi tutaj zabrakło... Test: Cupra Formentor VZ5 – nowe auto Lewandowskiego