Podróż na dziki wschód - notatki zza kierownicy Škody Kodiaq Sportline 4x4

Samochód. Jedyny środek transportu, który uwalnia nas z okowów rozkładów jazdy i z góry zaprogramowanych tras. Idealne narzędzie dla kogoś, kto po starcie z punktu A, oprócz potrzeby szybkiego i skutecznego dotarcia do punktu B, lubi po drodze odkrywać nieznane mu wcześniej miejsca. Oto historia takiej podróży i jej bohatera - Škody Kodiaq Sportline 4x4.

Ten artykuł ma 2 strony:

Trasa wzdłuż "ściany wschodniej". Z północy na południe. Przebiegająca w sąsiedztwie dwóch rzek — najpierw Bugu a potem Sanu. Wiodąca samymi tzw. "bocznymi drogami". Właściwie eliminująca te krajowe i wojewódzkie, nie mówiąc już o ekspresówkach i autostradach. Z Kruszynian w okolicach Białegostoku, w kierunku najbardziej wysuniętego na południe fragmentu Polski. Obok niego znajduje się źródło Sanu.

Brzmi jak wyzwanie? Jeśli nie, dodajmy do tego, że jest środek zimy. Temperatury wahają się od -1 do -7 st. C. Mało? Można winić za to globalne ocieplenie, bo tradycyjnie w Polsce o tej porze roku powinno być -20 st. C (a przynajmniej takie temperatury pamiętam jeszcze sprzed 10 lat). W zamian za to cały czas pada śnieg. A większość dróg, którymi będziemy się poruszać, nie jest "utrzymywana". Te spośród nich, na które wyjechał pług… są w sumie jeszcze gorsze.

Kodiaq Sportline - teoretycznie naszą wyprawę powinniśmy realizować bardziej nadającym się do przepraw modelem Scout, ale jak się nie ma co się lubi...

Niewyczyszczona do końca nawierzchnia, bo maszyny nie nadążają za opadem, oferują w każdej kolejnej sekundzie jazdy inny poziom przyczepności. Od pełnej — na lekko mokrym asfalcie — przez "taką jakby" na błocie pośniegowym, po zerową — tam gdzie uprzątnięto śnieg, ale nie udało się stopić znajdującej się pod nim warstwy niewidocznego lodu. Zapewniam was, że przy -20 st. C jechałoby się przyjemniej i mniej ekstremalnie, bo warunki byłyby cały czas takie same.

To trasa z dodatkowymi utrudnieniami. Nie tylko typowymi dla realizacji materiału redakcyjnego — czyli przystankami na zdjęcia czy też filmowanie scen, które znajdziecie w dołączonym do tego tekstu wideo — by nie jechać wprost przed siebie, po drodze zaplanowaliśmy przystanki np. w okolicach Zosina. To najdalej wysunięty na wschód punkt Polski. A także na szybowisku w Bezmiechowej. To właśnie stąd 18 maja 1938 r. startował Tadeusz Góra, który po pokonaniu 577,8 km w swobodnym locie szybowcem PWS-101 dostał pierwszy w historii medal Lilienthala, przyznawany przez Międzynarodową Federację Lotniczą. Czy uda nam się wjechać na szczyt góry, na który prowadzi kompletnie nieodśnieżana polna droga?

Partners in Crime

Zanim jednak przejdziemy do samej podróży, winny jestem parę informacji wejściowych. Pomysł przejechania tej trasy pojawił się już pięć lat temu, a jego okruchy kołatały w mojej głowie aż do pewnego styczniowego weekendu 2019 r., kiedy zdecydowaliśmy się na jego wykonanie. Przeprowadzone w możliwie najbardziej hardkorowej, zimowej wersji.

Wcześniej podobną trasę przejechał mój przyjaciel i były wspólnik — red. Piotr Frankowski, z którym współtworzyliśmy pewien nieistniejący już kwartalnik motoryzacyjny. Dokonał tego jesienią, w 1,5 dnia, na pokładzie Audi A8 — artykuł ukazał się w wydaniu specjalnym owego kwartalnika, przygotowanym dla Volkswagen Group Polska na ówczesne targi Poznańskie. Napęd quattro miał tu mieć znaczenie, ale realnie nie miał — drogi nie były podówczas aż tak śliskie, więc nie miał szansy się wykazać.

Škoda Kodiaq RS już w salonach. Znamy ceny i wyposażenie

Škoda rozpoczyna zbieranie zamówień na najszybszego Kodiaqa dostępnego w ofercie. Pierwszy czeski SUV ze znaczkiem RS nie należy do najtańszych. Ceny…

Później pył kosmiczny z pomysłów, które stanowiły sumę zbankrutowanego kwartalnika — którego, choć był piękny, nikt nie chciał kupować — wiatr rozdmuchał na cztery strony świata. I w dwa lata później podobną wersję tej trasy, tym razem na wiosnę, przejechał nasz współpracownik — fotograf Tomasz Mąkolski. Tym razem samochodem Porsche Cayenne S. Swoją przygodę opublikował w należącym do marki Porsche magazynie "Christophorus". Też było coś o napędzie na cztery koła, ale tylko w kontekście jakże potrzebnego poskramiania mocy tego SUV'a. Tym razem będzie inaczej, ale do tego wrócimy.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Otóż, drogi czytelniku, to dodatkowa presja. Jak to często bywa w różnego typu wyścigach odkrywców czy alpinistów, dwóch facetów zrobiło to już przede mną — i choć elegancko wygląda przypadkowy fakt, że dokonali tego za kierownicą aut tego samego koncernu, również wyposażonych w napęd 4×4, to wyróżnikiem naszej wyprawy niech będzie to, że żaden z nich nie przejechał tej trasy zimą.

Po zjechaniu z drogi ekspresowej Warszawa-Białystok od razu przyszło nam się zmierzyć z  bezludną dzikością "Ściany Wschodniej"

Żaden w tak wymagającej wersji — w sumie ponad tysiąca pięciuset kilometrów (licząc drogę powrotną w równie trudnych warunkach). Można więc powiedzieć, że ambicja i jakość, towarzyszące tamtym wyprawom, to cecha, którą na Autokulcie przenosimy z niszowych, eleganckich magazynów o autach do sfery internetu i podkręcamy na maksa!

Tak jak wspominałem — im zajęło to 1,5 dnia, nam jeden dzień dłużej, ale przysięgam, że gdyby nie napęd 4×4 naszej Škody Kodiaq Sportline, która okazała się idealnym partnerem w tym trudnym zadaniu, jechalibyśmy jeszcze jeden, dodatkowy dzień, a może i dwa. A może nie dojechalibyśmy wcale? Ale o tym również później.

Pierwsze śniegi za płoty - czy jakoś tak - kierunek Krzuszyniany

Względne odległości i przedwojenny tygiel kulturowy

— Bo co to jest właściwie 1500 kilometrów? Pestka. Na autostradzie robi się to w 15 godzin i to niespecjalnie się wysilając. Ba! 13–14 godzin przy sprzyjających wiatrach — myślę sobie zjeżdżając z pachnącej jeszcze nowością drogi ekspresowej S8 relacji Warszawa — Białystok. Chwilę później wypluwam te słowa. Pod granicą z Białorusią skręcam w lewo, w stronę Kruszynian. Droga natychmiast staje się kompletnie biała od śniegu i mocno dziurawa. Choć po kilku kilometrach dziury znikają, pierwsze hamowanie uświadamia mi powagę sytuacji.

Chociaż mój siedmioosobowy Kodiaq nie jest ciężki jak na SUV'a, a można powiedzieć, że jest nawet lekki — bo z silnikiem 2.0 TSI (180 KM, 320 NM) i napędem na cztery koła, szklanym, panoramicznym oknem dachowym i toną wyposażenia (elektryczne przednie fotele, podgrzewanie wszystkiego co się da, z kierownicą włącznie, świetnym audio marki Canton etc.) waży jedynie 1744 kilo, jednak zatrzymanie go w tych warunkach stanowi pewnego rodzaju wyzwanie.

Co jest lepszego niż jeden Kodiaq? Zgadliście...

Nie pomagają w tym typowo drogowe, szerokie opony o niższym profilu (235/45/R20 Continental WinterContact). Te same opony, które jeszcze przed chwilą dawały cudowną stabilność i pewność przy prędkości 120 km/h na ekspresówce. Z mniej rozbudowanymi i wystającymi klockami bieżnika nie wgryzają się tak mocno w śnieg, jak Bridgstone'y Blizzaki zamontowane na Kodiaqu Scout, którym podróżuje towarzysząca mi ekipa zdjęciowo-filmowa. Ale coś za coś. W trasie u mnie jest ciszej, na suchym asfalcie bardziej przyczepnie i precyzyjnie. Ale w tych warunkach, póki co, zamieniłbym się z nimi na koła z wielką chęcią.

Uświadamia mi to, że ciężko będzie w tej podróży utrzymać wysoką średnią prędkość. Choć liczę na to, że drogi, którymi będziemy się poruszać, będą względnie puste i w sytuacjach podbramkowych będzie można korzystać z całej ich szerokości, pierwszy trochę szybszy skręt w kolejną wąską przecznicę pokazuje, że w zakrętach układ stabilizacji toru jazdy oraz ograniczający poślizg kół ASR, będą miały pełne ręce roboty. Jest po prostu bardzo ślisko.

W miejscach, przez które przejeżdżamy mieszają się wpływy czterech religii: Rzymskokatolickiej, Prawosławia, Islamu i Judaizmu

Pomimo tego bezpiecznie dojeżdżamy pod charakterystyczny zielony, drewniany budynek z dwiema wieżyczkami. To najstarszy zachowany do dziś meczet tatarski w Polsce. Został zbudowany w XVIII wieku (źródła nie są pewne co do dokładnej daty) przez mniejszość tatarską, której Kruszyniany zostały podarowane w XVII wieku przez króla Jana III Sobieskiego w podzięce za walkę po stronie polskiej przeciwko Imperium Otomańskiemu. W pobliskim lesie znajduje się muzułmański cmentarz. Oglądaniu tej nekropolii towarzyszy dziwne uczucie. Są groby bardzo stare, ale też zupełnie nowe. Na nagrobkach znajdują się polskie imiona i nazwiska, jednak zamiast krzyży, do których jesteśmy przyzwyczajeni, widnieją na nich tatarskie półksiężyce. To skłania do myślenia.

Nie możemy w tym miejscu zostać długo. Dziś do przejechania mamy jeszcze 350 kilometrów. Niby mało, ale momentami jedziemy nie szybciej niż 40 km/h. Po drodze rzeczywiście nie mijamy żywej duszy. Tylko dziesiątki małych wiosek, pełnych drewnianych domów z okiennicami pomalowanymi w żywe kolory. Ich więźby dachowe oraz szczyty okien wykończone są od zewnątrz piękną snycerską ornamentyką, przypominającą koronkę. W tych wioskach na rozstajach dróg stoją "podwójne krzyże" - rzymskokatolickie — a obok nich prawosławne.

W pobliskich miasteczkach mieszkały jeszcze przed wojną społeczności żydowskie. Te obrazy, zebrane do kupy, pokazują mi taką małą namiastkę przedwojennego multikulturalizmu bezpowrotnie utraconych kresów. Niczym w amerykańskim filmie drogi pędzimy dalej. Krajobraz jest płaski i dosyć monotonny — poza chwilami, gdy po lewej udaje nam się dostrzec Bug. To daje dużo czasu na myślenie o przedwojennej Polsce oraz chwilę na przyjrzenie się samochodowi.

Kodiaq ma aktywne i pasywne systemy bezpieczeństwa, internet na pokładzie itp. ale w tych warunkach najbardziej liczą się napęd na cztery koła i dobrze działające ogrzewanie!

Niedźwiedź z Alaski

Rozglądam się po kabinie Kodiaqa. Poza tym, że siedzę w czymś w rodzaju cywilnego kubełkowego fotela o lepszym podparciu bocznym, oraz tego, że deska rozdzielcza wykończona jest wstawkami niewykonanymi z drewna czy aluminium, a czegoś w rodzaju włókna węglowego, to ta sama kabina, którą znam z pozostałych wersji tego samochodu.

Zrobiona z wysokiej jakości, świetnie spasowanych materiałów. Plastiki nie są twarde, rozkład wszystkiego jest czytelny a obsługa intuicyjna. Jestem tradycjonalistą, więc podoba mi się, że większość swoich doraźnych potrzeb mogę załatwić przekręcając gałkę lub naciskając przycisk, który w tych zimowych warunkach mogę z łatwością wcisnąć także w rękawiczkach. Nie muszę godzinami grzebać w pokładowym menu ekranu o przekątnej 9,2 cala. Głośność sytemu audio (Canton 575W) co prawda obsługuje się przyciskami, z których palec pasażera potrafi się na tych wertepach zsunąć, ale kierowca ma do dyspozycji wygodną gałkę umieszczoną — jak w każdej Škodzie — na kierownicy.

Za to właśnie kocham tę markę — wszystko jest jak trzeba. Bez udziwnień, estetycznie (Kodiaq to wyjątkowo udany stylistycznie samochód), solidnie ale jednocześnie nowocześnie. Bo przecież system multimedialny klonuje ekran mojego smartfona dzięki synchronizacji Android Auto i AppleCar Play. Ten sam telefon ładuję sobie za pomocą ładowarki indukcyjnej, a dzięki pokładowemu WiFi na postoju mogę w Kodiaqu przeczytać wiadomości ze świata. Gdyby tylko czujniki systemów bezpieczeństwa mogły spod śniegu odczytać linie na asfalcie, a lód nie zatkałby przedniego radaru aktywnego tempomatu, to właściwie nie musiałbym się nawet specjalnie skupiać na prowadzeniu.

Gdy zaklejone śniegiem czujniki się gubią dobrze jest mieć oparcie w sprawdzonej mechanice napędu 4x4

Jestem tylko zbyt leniwy, by w ten mróz stanąć i je oczyścić. Gdyby nie warunki pogodowe, Kodiaq sam potrafiłby utrzymywać pas ruchu, sam potrafiłby zahamować w razie wykrycia zagrożenia — np. samochodu, który nagle się przed nami zatrzymał czy też pieszego, który nagle wtargnął na jezdnię.

Ostrzegłby nas przed zbliżającym się od tyłu ruchem poprzecznym podczas cofania z miejsca parkingowego i potrafiłby utrzymywać stałą odległość do pojazdu poprzedzającego, aż do całkowitego jego zatrzymania się — niestety teraz lód i śnieg zalepił mu wszystkie oczy i sensory, więc może tylko sygnalizować swoje niezadowolenie żółtymi lampkami ostrzegawczymi na desce rozdzielczej.

Przyjmuję ten sygnał do wiadomości, natomiast wcale mnie on nie przeraża. Gdy tylko przez gruby, mięsisty wieniec kierownicy dostaję choć szczątkową informację o tym, że coś może się dziać z przednimi kołami, np. chwilowa utrata przyczepności związana z przejeżdżaniem przez śnieżną koleinę, od razu w plecach czuję pomoc, jakiej bez żadnego opóźnienia udziela przekazywany przez sprzęgło wielopłytkowe napęd na cztery koła. Podczas hamowania nadal muszę uważać. Natomiast jazda na wprost i w większości zakrętów jest wprost dziecinnie łatwa.

Czasami czuliśmy się, jak bohaterowie "Fargo" w reż. braci Cohen

To dlatego, że na tylną oś potrafi tu trafić do 90 proc. momentu obrotowego. Systemy kontroli trakcji i stabilizacji toru jazdy dbają zaś o jego odpowiedni rozdział pomiędzy kołami. To daje mi pewien pomysł, który zrealizuję jutro, gdy wjedziemy na kręte drogi Bieszczad. Póki co jednak bezpiecznie i sprawniej niż myślałem przemieszczamy się na południe. Dzięki napędowi 4×4 jesteśmy w stanie podróżować o 20 proc. szybciej, niż cała reszta szczątkowego ruchu, jaki panuje w tej okolicy. Docieramy do naszego pierwszego noclegu — rustykalnego i klimatycznego Siedliska Sobibór.

Kontynuuj czytanie na kolejnych stronach:

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Relacje:

Golf Variant. Jak jeździ i dlaczego warto go kupić (oraz jak to zrobić)? SUV to luksus, na który cię stać! O ile dobrze policzysz... Wzdłuż ściany wschodniej - film z wyprawy Ford Focus - Pierwszy kontakt Róbcie miejsce na plakaty. Toyota GR Supra wygląda fantastycznie, a jeździć ma jeszcze lepiej Widziałem nową Toyotę RAV4 z bliska. Nic nie stoi na przeszkodzie, by odniosła sukces Mądre zakupy - trend "smartshopingu" dotyczy również samochodów Nawet prąd z węgla jest lepszy od benzyny. Ekspert o przyszłości aut elektrycznych Łapy, łapy, cztery łapy… czyli o zawiłościach rodzajów napędów 4x4 Škoda i 4x4: prawdziwy napęd Porsche 911 to najmniej awaryjne auto świata. Sprawdziłem, jak powstaje jego nowa generacja Jest zarejestrowana w Polsce, ale nie można jej tu zatankować. Jeździłem Toyotą Mirai Sprawdziłem swój alkomat profesjonalnym sprzętem. Wtedy przestałem mu ufać Nowa era luksusu – na pokładzie Mazdy 6 odwiedzamy warszawskie Autor Rooms Komfort nie do podrobienia. Mazda 6 z dużym silnikiem na autostradzie Spod biura na tor? Sprawdzamy nową Mazdę 6 na Moto Park Kraków Wypoczynek w dobrym tonie. Szczawnica zza szyb nowej Mazdy 6 Nowa Toyota Corolla ma dwa duże zadania: pokonać Octavię i zastąpić Avensisa Rozmawiałem z Richardem Hammondem o jego kolekcji aut i przyszłości motoryzacji Jak najszybciej dojechać z Warszawy do Gdańska? "Wyścig" Škody Kodiaq z pociągiem O tym, jak pod torami kolejowymi odkryłem samochód za ponad milion złotych James Bond zakłada rodzinę... 3 pytania do legendy: szybka rozmowa z Derekiem Bellem "BMW ocali motoryzację" - wywiad z szefem designu Grupy BMW Adrianem van Hooydonkiem

Popularne w tym tygodniu:

Mercedes-Benz Safety Experience już działa. Przekonałem się, że każdy wyniesie z tych szkoleń coś dla siebie 24h Le Mans 2019 - relacja na żywo Wyniki 24h Le Mans 2019: to nie był spektakl jednego aktora Premiera na otwarcie salonu. W McLaren Warszawa mogłem z bliska zobaczyć nowego GT Opel idzie w elektryki, ale to nie jedyna ścieżka. O przyszłości marki z Frankiem Jordanem 15 lat temu bezpieczeństwo oznaczało coś zupełnie innego. Sprawdziłem to na autodromie Škody Varsopolis 2019: polski konkurs elegancji z prawdziwego zdarzenia Mille Miglia w Polsce? W wakacje możesz wziąć udział w podobnej imprezie