Nie fryzjer, barber. Nie samochód, Kona

Po wcześniejszym ustaleniu, że Hyundai Kona to niezwykle stylowy samochód, postanowiłem mu w tej stylowości dorównać. Oznaczało to konieczność odwiedzenia miejsca, które na fali ostatniej mody na rzeczy i usługi w stylu "retro" powróciło na mapę polskich miast. Pojechałem do barbera...

Klimatyczny zakład ukrywa się na dosyć ponurym dziedzińcu przy jednej z głównych ulic Warszawy. Z zewnątrz swoją obecność zdradza dzięki kombinacji trzech kolorów: białego, niebieskiego i czerwonego. Tradycyjnie umieszcza się je na wirujących słupkach przy wejściu, tutaj jednak właściciel zdecydował się na przystrojenie w ten sposób witryny.

Odpowiadając na niezadane pytanie, barber to — najprościej rzecz ujmując i tłumacząc na polski — tzw. fryzjer męski. Wchodząc do takiego zakładu, można poczuć się jak w głowie stereotypowego faceta. Każdy element wystroju wnętrza zdaje się wskazywać albo na siłę, albo na odwagę, albo na testosteron. Albo wszystkie te powyższe elementy jednocześnie.

Ogolić to się nie ogolę, ale może chociaż włosy mi przytną...

Nie ma tu więc miejsca na kolorowe magazyny na stoliku czy filiżankę kawy dla oczekujących na swoją kolej. Nie ma też wielkich suszarek, pod którymi klientki mogą czytać kolorowe magazyny popijając kawę, czekając aż zrobi im się trwała. Zamiast tego są katalogi z tatuażami. Tak, barber to nie tylko strzyżenie — kiedyś golibroda musiał być również chirurgiem i dentystą. Dziś w niektórych barbershopach możesz zrobić sobie tatuaż. Jeśli nie chcesz, czeka na ciebie lodówka z zimnym piwem i brzytwy (ale nie polecam bawienia się nimi po alkoholu). W tle sączy się muzyka lat 50., głównie jazzowe standardy.

Analogowe. Takie słowo przychodzi mi na myśl już po kliku chwilach w środku. Gdyby obsługujący klientów Michał wyciągnął telefon z obrotową tarczą, a potem zamówił rozmowę międzymiastową, zupełnie by mnie to nie zdziwiło. Cóż za kontrast pomiędzy tym klimatem, a technologicznym, nowoczesnym Hyundaiem KONA, w którym rozmowę "zamawia się" naciśnięciem symbolu słuchawki na 8-calowym ekranie z technologią Mirror-Link.

Tatuaż? Już mam, dziękuję

W pomieszczeniu obok Dawid obsługuje pierwszego klienta. Zabierając się do pracy nad bujną brodą starszego pana (tak, to usługa nie tylko dla hipsterów), pyta, co dzisiaj będą "robić". Tutaj ze wszystkimi się jest na "ty", niezależnie od wieku. Wystrój i klimat pozwalają uciec od rzeczywistości i zanurzyć się w nostalgicznym klimacie przeszłości, z której odarły nas lata komuny. Powolne tempo życia w barbershopie pozwala szybko się zrelaksować i zapomnieć o całym świecie.

Kto pierwszy napisze w komentarzach żart o tym, że Hyundai "kona" ten płaci mi za strzyżenie!

Choć barberzy zyskali na popularności w ostatnich latach — dzięki trendom wykreowanym w Stanach Zjednoczonych — ich historia sięga przełomu XIX i XX wieku. Wtedy nazywano ich balwierzami, cyrulikami czy golibrodami, a panowie przychodzili do nich nie tylko, by dać się ostrzyc. Oprócz wspomnianych powyżej powodów zdrowotnych, zakłady były idealnymi miejscami spotkań, podczas których palono, czytano gazety i… plotkowano. Patrząc na wyjątkową atmosferę męskiego koleżeństwa, jakiej doświadczam, łatwo zrozumieć, dlaczego chadzali akurat tam.

Sztuka ulicy: łódzkie murale zza szyb Hyundaia KONA

Niewiele jest w Polsce miejsc, w których sztuka tak silnie oddziałuje na otoczenie, jak na ulicach Łodzi. Zapomniane przez świat, odrapane kamienice i…

Czekając aż przyjdzie moja kolej, zacząłem rozmyślać nad samochodem, którym tu przyjechałem. Hyundai KONA, nowy crossover koreańskiego producenta, na pierwszy rzut oka nie jest czymś, co może kojarzyć się z barberem, głównie ze względu na swój nowoczesny wygląd i krzykliwy, pomarańczowy kolor. Dopiero po dłuższym poznaniu można przyznać, że między tymi dwoma podmiotami jest związek, mają wspólne cechy.

Podobnie jak barber, KONA wpisuje się w miszmaszowy charakter miasta. O ile ten pierwszy robi to w sposób nawiązujący do przeszłości, to drugi sięga w przyszłość. Muskularne nadwozie, duże koła, ogromny grill - mamy tu do czynienia z samochodem koncepcyjnym, przy którym ktoś z bliżej niewyjaśnionego powodu napisał "gotowy do produkcji". Podobnie jak barber potrafi zdziwić teraźniejszymi rozwiązaniami, jak prowadzenie ewidencji klientów na tablecie, tak Kona zupełne przeciwnie — ma sporo dobrych "analogowych" cech.

Szara, zimowa, warszawska ulica i kontrastująca z nią KONA

Sposób, w jaki ten wóz się prowadzi przywodzi na myśl auta sprzed lat. Kierownica świetnie leży w dłoniach, układ kierowniczy jest precyzyjny, drążek manualnej skrzyni biegów ma odpowiedni skok, a każdej zmianie przełożenia towarzyszy satysfakcjonujące kliknięcie. Zawieszenie jest wystarczająco twarde, by pewnie atakować kolejne zakręty i dawać poczucie bezpieczeństwa, ale nie wybija plomb z zębów (barber nie będzie musiał ich wstawiać i dobrze bo nie umie). KONA to po prostu przyjemność. A to z kolei pozwala mi zauważyć kolejne powiązanie.

Komunikat wysyłany światu

Wchodząc do barbera niejako odcinamy się od rzeczywistości. Każdy brief, każdy deadline, wszystkie odbyte i nadchodzące spotkania stają się mniej istotne. Tego uczucia można doświadczyć za kierownicą, a KONA spełnia każdy warunek, by serwować podobne doznania. Tym samochodem chce się jechać, niezależnie od tego, czy trzeba gdzieś jechać. Naprawdę nie spodziewałem się tego po — bądź co bądź — praktycznym crossoverze.

Jednocześnie, patrząc na KONĘ, można zadać sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego wybrać ten model zamiast standardowego hatchbacka? Wydaje mi się, że odpowiedź leży ukryta pod słowem "standardowy". Mimo rosnącej popularności crossoverów, auta tego typu ciągle są czymś odmiennym. Decydując się na taki samochód, pokazujemy, że szukamy czegoś konkretnego (np. wyższej pozycji za kierownicą). Z definicji crossover łączy cechy różnych wozów, ale to od nas zależy, jakie cechy.

To trochę jak z chodzeniem do barbera. Czy idąc do konwencjonalnego zakładu fryzjerskiego zostaniemy gorzej ostrzyżeni, gorzej obsłużeni? Szczerze wątpię. Jednak wybierając barbera, pokazujemy, że interesuje nas coś konkretnego — to jak wybór tenisówek, oprawek okularów, napisu na t-shircie. Komunikat wysłany na zewnątrz, określający poniekąd kim jesteśmy. Bo wiemy, czego szukamy i nie zjawiamy się w danym miejscu przez przypadek. Tak samo jak nikt nie znajdzie się przez przypadek za kierownicą KONY.

Z moich pseudofilozoficznych rozważeń wyciągnął mnie Daniel. Skończył obsługiwać klienta i jest gotowy, bym usiadł na fotelu. — Myślałeś kiedyś o brodzie? — od razu przeszedł do rzeczy. No tak, idąc do golibrody mogłem się tego spodziewać. Całe szczęście KONA nie zadaje takich krępujących pytań…

Artykuł powstał we współpracy z marką Hyundai

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Relacje:

Ponad 800 km po południowo-wschodniej Polsce, czyli pojechałem w drugiej edycji eRajdu 49. Rajd Barbórka (2011) [relacja autokult.pl] Przez tydzień byłem karawaningowcem. Popełniłem chyba wszystkie błędy IV Zlot Mitsubishi w Mrągowie był inny niż wcześniejsze Roadtrip po Europie? Czemu nie. Tylko jakim autem? Poznań Motor Show: przejechałem się Audi e-tronem z kamerami zamiast lusterek 50. Rajd Barbórka (2012) w obiektywie [relacja autokult.pl] Żegnaj benzyno – instalacje gazowe Prins Direct LiquiMax 2.0. Szybcy i starzy - w Anglii wyścigi zabytków przyciągają tłumy Widziałem nową Toyotę RAV4 z bliska. Nic nie stoi na przeszkodzie, by odniosła sukces Honda e Prototype wygląda tak uroczo jak koncept. Premiera już wkrótce Ski-tour w Tatrach: na szlaku ze Skodą Kodiaq 4x4

Popularne w tym tygodniu:

Najlepsze miejsce na targach IAA 2019? To wnętrze nowego Audi Q7 Aston Martin Road to Wrocław: relacja zdjęciowa