Problem z drogami gruntowymi. Nie wKURZaj ludzi swoją jazdą!

Moda na SUV-y i samochody z napędem na cztery koła nieraz budzi w kierowcy duszę podróżnika lub rajdowca. Niektórzy realizują swoje skromne marzenia na lokalnych, mało uczęszczanych drogach gruntowych. Niestety w ten sposób nie tylko zagrażają innym, ale też wzbudzają nienawiść. Dlaczego? Wszystko przez unoszący się kurz.

Zacznijmy od definicji:

Drogą gruntową jest droga, której jezdnia nie jest pokryta żadnym materiałem lub innym niż wymienione w art. 2 pkt 2 ustawy Prawo o ruchu drogowym (np. żwirem, żużlem, leszem). Drogami gruntowymi są wszystkie drogi nieodpowiadające definicji drogi twardej

źródło: materiały szkoleniowe Policji w Słupsku

Co mówi Prawo o ruchu drogowym?

Droga twarda to droga z jezdnią o nawierzchni bitumicznej, betonowej, kostkowej, klinkierowej lub brukowcowej oraz z płyt betonowych lub kamienno-betonowych, jeżeli długość nawierzchni przekracza 20 m; inne drogi są drogami gruntowymi.

źródło: Prawo o ruchu drogowym art.2. pkt. 2.

Nie ma jako takiej definicji drogi gruntowej, natomiast z definicji drogi twardej wynika, czym ona jest. Drogi gruntowe (szutrowe) są zazwyczaj drogami publicznymi, chyba że znajdują się na terenie prywatnym lub prowadzą do lasu. Przypominamy, że wjazd pojazdem mechanicznym do lasu jest co do zasady zabroniony.

Nawierzchnia a przyczepność

Skoro droga gruntowa jest drogą publiczną, z reguły obowiązują na niej ogólne zasady ruchu drogowego. Tym samym, wszelkie przepisy mówiące o dopuszczalnych prędkościach. W tym miejscu pojawia się pewien problem, ponieważ w obszarze zabudowanym można jechać z prędkością do 50 km/h, a poza nim do 90 km/h. Obowiązuje to również na drogach o luźnej nawierzchni.

Nawierzchnia szutrowa nie jest zdradliwa, ponieważ przyczepność tracimy powoli i łagodnie, ale podczas hamowania łatwo się przeliczyć.

Tymczasem luźna nawierzchnia na drodze gruntowej skutecznie ogranicza przyczepność. Jeżeli ustawodawca określił 50 km/h jako maksymalną prędkość bezpieczną w miejscowościach, to na chwilę obecną współczesne auto jesteśmy w stanie zatrzymać z tej prędkości na odcinku około 10 metrów, w czasie krótszym niż 2 s. Wykonana przeze mnie próba samochodem Mitsubishi ASX 2.2 D-ID AWD na nawierzchni asfaltowej dała czas 1,6 s i drogę 9,5 m. Jak duża różnica będzie po zmianie stanu nawierzchni na luźną?

Test przeprowadziłem na dość twardej drodze gruntowej o stosunkowo płaskiej nawierzchni, nieusianej dołami. Hamowanie z prędkości 50 km/h przyniosło następujące rezultaty – czas 2,5 s i dystans 16,9 m. Próba na nieco luźniejszej nawierzchni dała wynik 2,6 s i 17,7 m. Przyjmując za średnią nawet optymistyczne 17 metrów, to i tak jest o 7,5 metra dłuższa niż na asfalcie. To więcej niż długość samochodu. Jeżeli zestawimy taki wynik z wynikiem na asfalcie, podstawiając dane pod prosty wzór fizyczny, otrzymamy dość ciekawą informację.

Na nawierzchni szutrowej, na wyhamowanie z prędkości 50 km/h potrzeba tyle drogi, co z prędkości bliskiej 80 km/h na drodze asfaltowej.

W kontekście powyższego, kampanie typu „10 mniej ratuje życie” nie mają przełożenia na rzeczywistość mieszkańców wsi, przez które przebiegają drogi szutrowe. Pieszym na luźnej nawierzchni równe szanse z mieszkańcami miast daje prędkość maksymalna około 30 km/h, która w kontekście hamowania jest porównywalna z 50 km/h na asfalcie.

Można tu wysunąć odważny, daleko idący wniosek. Ustawodawca, nie narzucając dodatkowych ograniczeń prędkości na luźnych nawierzchniach dróg gruntowych w obszarach zabudowanych, zezwala w pewnym sensie na jazdę z prędkością około 60 proc. wyższą niż na asfalcie. Czy tylko w kontekście hamowania?

Na drogach szutrowych (gruntowych) nierzadko można spotkać znaki. To są zwyczajne drogi publiczne. Może to kogoś zdziwić, ale ta droga prowadzi przez pola i las. Zakaz zatrzymywania się na tym odcinku jest w pełni uzasadniony.

Niekoniecznie. Samochód również inaczej się prowadzi. To prawda, że kierowanie autem w poślizgu jest dość łatwe na luźnej nawierzchni ze względu na niższą prędkość oraz płynniejszą utratę przyczepności. Jest więcej czasu na reakcję (np. kontra). Jest jednak druga strona medalu. Gdy na drodze nagle pojawi się inny obiekt (wyjeżdżający z bramy samochód lub wybiegające dziecko), wówczas potrzeba więcej czasu i dystansu na wykonanie manewru omijania. Samochód nie skręci natychmiast jak na asfalcie, a może wpaść w poślizg już przy niewielkiej prędkości.

Bezpieczeństwo to niejedyny problem. Gorsza jest codzienność mieszkańców

Bezpieczeństwo na drogach nieutwardzonych to jedna sprawa, ale są też bardziej przyziemne problemy. W miejscowościach, w których nie ma jeszcze asfaltu czy choćby kocich łbów, mieszkańcy przydrożnych domów odczuwają skutki wszystkich przejeżdżających pojazdów. Wzbijany przez nie kurz unosi się wysoko i dostaje się na podwórka, na domy, na rośliny, na ludzi. W zależności od prędkości jazdy i rodzaju nawierzchni można wzbić w powietrze chmurę, która utrzymuje się przez minutę.

Teraz sobie wyobraźcie, że jedziecie tą drogą rowerem lub spacerujecie. Ten kurz opada prawie minutę i przy delikatnym, bocznym wietrze przesuwa się kilkadziesiąt metrów w bok.

— Proszę pana, ja pranie wieszam tam, za domem – mówi zapytana w jednym z domostw kobieta. Jakbym tu wieszała, to wie pan jakie miałabym pranie? – pokazuje palcem trzepak, który został po poprzednich lokatorach. Znajduje się przy płocie, oddalonym około 5 metrów od drogi.

Największym problemem mieszkańców takich domów są obcy kierowcy. – Jak ktoś tu mieszka, to wie jak trzeba jeździć, bo sam widzi, co się dzieje. Ale czasami jak przyjedzie kurier czy po prostu ktoś obcy, to lepiej zamykać okna. Najgorsze, że potem ten pył wdychają dzieci. To tak się wydaje, że nic się nie stanie, jak będzie trochę kurzu. Ale jak się policzy pięć takich przejazdów dziennie, powiedzmy tylko przez lato, to niech pan zobaczy, ile tego jest. – opowiada mężczyzna, który zdradza, że czasami ma "chęć takiemu przywalić kamieniem w szybę”.

Mieszkańcu różnie walczą z kurzącymi autami. Jedni budują szczelne ogrodzenia, inni sadzą gęsto drzewa, a jeszcze inni starają się edukować.

Liczę tylko 60 dni. To 300 razy w roku, co przez 10 lat daje nam już liczbę 3000. – To nie tylko latem. Zimą, jak jest sucho, a nie ma śniegu, mamy to samo. Nie ma takiego okresu w roku, kiedy kurz się nie unosi. Wszystko zależy od pogody, nie od pory. My się już przyzwyczailiśmy do tego, że nigdy nie będziemy mieli czystego samochodu, chyba że na podwórku. Ale strasznie denerwuje to, że jak nie masz gęsto zasadzonych drzew czy szczelnego, wysokiego płotu, to musisz przeżywać takie "burze piaskowe” kilka razy dziennie przy własnym domu.

Jak szybko trzeba jechać, by nie kurzyć? Sprawdziłem to. Okazuje się, że do około 30 km/h auto nie zostawia z tyłu "zasłony dymnej”, która wydostawałaby się poza obszar drogi. A z jaką prędkością trzeba jechać, by nie zakurzyć własnego auta? – Nie ma takiej prędkości. Nasze samochody mogą być czyste tylko wtedy, gdy umyjemy je w mieście i jeździmy po mieście – opowiada mi mieszkaniec innego domu. To też sprawdziłem. Umyłem białe auto na błysk, jazda z prędkością manewrową bez gazu przez 200 m i cienka warstwa kurzu na klapie bagażnika już się pojawiła.

Sytuacja tuż po przejeździe auta drogą szutrową z prędkością 80 km/h. Praktycznie niczego nie widać.

Mieszkańcy niektórych miejscowości bronią się wymownymi plakatami, które nie tylko zwracają na siebie uwagę, ale i poruszą każdego kierowcę, który ma choć odrobinę zdrowego rozsądku. Znajdziemy na nich zwykle hasła w postaci próśb, nie gróźb. Są też bardziej wymowne.

Kontrole policji? Nie ma mowy

Czy widzieliście kiedykolwiek kontrolę prędkości czy jakąkolwiek inną prowadzoną przez policję na drodze gruntowej? Ja nie. Czy powinny być? To pytanie dość dyskusyjne, bo radiowóz stojący na takiej drodze to być może jeden radiowóz mniej na bardziej uczęszczanych drogach utwardzonych, gdzie wypadków jest znacznie więcej.

Z całą pewności takie sporadyczne akcje kontroli prędkości na drogach gruntowych byłyby zaskakujące dla kierowców, ale nawet nie o to chodzi. Bardziej chodzi o budowanie świadomości, że nawet na takiej drodze można zostać zmierzonym suszarką.

Napęd na cztery koła daje ci lepsze przyspieszenie na śliskiej nawierzchni, ale gdy hamujesz, nie ma znaczenia.

Tej zasady nauczyłem się odbywając krótki kurs w Szkole Bezpiecznej Jazdy Renault. To fakt, a na jego potwierdzenie mam kolejne dane. Hamowanie z napędem na jedną oś i napędem na cztery koła jest dokładnie takie samo, co sprawdziłem, włączając i wyłączając tryb 4WD w testowym samochodzie. Zupełnie inaczej jest z przyspieszeniem.

Do prędkości 50 km/h ze startu zatrzymanego Mitsubishi ASX w trybie 2WD rozpędza się w 5,1 s. Przy włączonym trybie 4WD (konkretnie tryb Auto) czas skrócił się o sekundę. Przy tak niskiej prędkości to bardzo dużo.

Nasz testowy Mitsubishi ASX, w którym można włączyć lub wyłączyć napęd na cztery koła. Podczas przyspieszania daje to dobry efekt, podczas hamowania żadnego.

To normalne, że kierowcy samochodów z napędem na cztery koła jeżdżą szybciej na drodze szutrowej. Myślą, że dzięki temu łatwiej im kontrolować auto, zapominając o prostym fakcie – napęd na cztery koła nie powoduje szybszego zatrzymania – opowiada instruktor nauki jazdy. – Powoduje tylko, że jadąc z większą prędkością, szybciej zbliżasz się do drzewa – kończy gorzkim żartem.

Jaka prędkość byłaby na drogach gruntowych najlepsza? Myślę, że odpowiednią jest 30 km/h. Nie jest uciążliwa dla mieszkańców, a kierowcy daje podobną drogę hamowania jak z 50 km/h na asfalcie. Również pełną kontrolę nad samochodem.

Czy powinno zostać wprowadzone stosowne ograniczenie na drogach gruntowych? Poddaję to pod waszą dyskusję. Osobiście uważam jednak, że miałoby o wiele więcej sensu niż niejednokrotnie proponowane ograniczenia prędkości do 30 km/h w dużych miastach.

Można budować świadomość kierowców takimi plakatami. Myślę, że warto.

Kiedyś czytelnik do mnie napisał, że prędkość na drogach szutrowych powinna być ograniczona do 20–30 km/h i żebyśmy coś z tym zrobili, bo zwyczajnie nie da się żyć. Mam nadzieję, że ten artykuł poruszy choć garstkę kierowców, którzy zdejmą nogę z gazu, gdy wjadą do miejscowości z taką nawierzchnią.

Mnie do poruszenia tego problemu przekonały zupełnie nieświadomie dwie kobiety spacerujące w białych sukienkach przez miejscowość, przez którą przebiega gruntówka z czarnego piachu. Gdy prawie się zatrzymałem mijając je, podziękowały mi skinięciem głowy i szczerym uśmiechem. To zdecydowanie przyjemniejsze uczucie niż świadomość, że gdzieś ktoś marzy o tym, by rzucić kamieniem w moje auto. Polecam i wam.

Wjazd samochodem do lasu — kiedy można, a kiedy nie wolno?

Coraz popularniejsze samochody uterenowione zachęcają nie tyle do wyjazdów w teren, co do korzystania z dróg nieutwardzonych. Warto poznać aspekt prawny…

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Felietony:

Czy kultura CB radio umarła? Ile milionerzy płacą za bycie wyjątkowymi? Czyli o najdroższej opcji w ofercie Top 9: Jakich zachowań na drodze nienawidzimy u innych kierowców Maluch sprzedany na aukcji w USA. Cena i opis oferty zaskakują Tydzień w motorsporcie #27 Tydzień w motorsporcie #26 Poważny problem samochodów autonomicznych – kierowcy im nie ufają Tydzień w motorsporcie #25 Nowy Prius zużywa mniej niż 1,5 litra na 100 kilometrów - sprawdziliśmy Tydzień w motorsporcie #24 Elon Musk chce, żeby wszystkie samochody były elektryczne. Czy to w ogóle możliwe? BMW warte milion złotych według ekspertów to okazja Dodge Challenger SRT Demon - powinni tego zabronić! Kierowcy i ustawodawcy odwracają się od diesli. Co dalej? Elektroniką w terroryzm? Czy wszyscy muszą testować na Nurburgringu? Rowerzyści ruszyli na ulice i znów robią ten sam błąd Silniki spalinowe niekoniecznie skazane na wymarcie. Zróbmy sobie nową aferę spalinową Polski samochód nie powstanie, pogódźcie się z tym Czy pick-up ma sens, czy też nie? Chcę wiedzieć co kupuję, czyli marzenia o gwarancji doskonałej Skąd tak drastyczne podwyżki polis komunikacyjnych OC? Zmiany w przepisach dla kierowców: wreszcie logiczne czy logiki pozbawione?